Strona główna
Artykuły
Biuletyn "Głoście Ewangelię"
Dom Formacji Misyjnej
Historia
Informacja
Kronika misyjna
Misjonarze diecezjalni
Misjonarze zakonni i świeccy
Misjonarze męczennicy
Księża tarnowscy na Wschodzie
Animacja i formacja misyjna
Szpital w Bagandou
Kleryckie Ognisko Misyjne
Kolędnicy misyjni
Wspomnienie o ks. Janie Czubie
Ofiarność i pomoc dla misji
Mungo Maboko

Ks. Mariusz Barwacz

 

Ks. Mariusz Barwacz pracuje w Boliwii od 2006 roku. Od lutego 2008 roku jest proboszczem w parafii, której życie ludzi oraz zwyczaje Wielkiego Tygodnia przybliża nam w poniższym liście.

San Antonio de Lomerio, 23 kwietnia 2008 r. 
Drodzy Czytelnicy!
 
Bardzo serdecznie witam Was wszystkich. W tym liście pragnę trochę zapoznać Was z moją obecną placówką misyjną i pracą w niej.
 
W pierwszym roku pobytu w Boliwii, w wikariacie apostolskim Nuflo de Chavez, pracowałem jako wikariusz parafialny w parafii katedralnej w Concepción. Nasza jednostka administracyjna Kościoła nie jest jeszcze diecezją, co wskazuje na jej misyjną sytuację.
 
Będąc przypisany do wspomnianej parafii, w niedziele i święta miałem jednak opieką duszpasterską objąć inną parafię: San Antonio de Loterio, oddaloną 100 km od Concepción, w której nie było księdza. Po okresie wakacji, który tutaj trwa przez styczeń i luty, nasz biskup Antoni postanowił zostawić mnie już na stałe w tej wspólnocie, jako administratora parafialnego. Jest to parafia duża i rozległa, położona na terenie pagórkowatym (Lomerio – po hiszpańsku znaczy: wzgórza i rzeki). Mieszka tam ok. 6000 mieszkańców, najwięcej w samym San Antonio – 2300, pozostali w 30 wioskach, rozrzuconych w stepowej dżungli. Do najdalszych wiosek mam 1,5 godz. samochodem w porze suchej; w porze deszczowej są one prawie niedostępne. Od najbliższych większych miasteczek czy wiosek, jak Concepción czy San Ramon, oddalony jestem o ok. 100 km, co w porze deszczowej oznacza 3-4 godz. jazdy. Z tej racji jest to parafia bardzo tradycyjna, w której ludzie kultywują mocno swoje tradycje. Ludność tamtego terenu wywodzi się z Indian Chiquitos. Jak wszyscy Indianie Wschodniej Boliwii, są to ludzie mający pola w lesie, korzystający z bogactw lasu, żyjący w harmonii z naturą. Mimo że sam wysoki nie jestem (170 cm wzrostu), tam jestem jednym z najwyższych. Chiquito w języku hiszpańskim znaczy: malutki.
 
Wspomniani ludzie mocno kultywują swoje tradycje: swój język besiro, swoje potrawy, swoje stroje. Są bardzo życzliwi i otwarci. Również mocno związani są z Kościołem, gdyż na tamtym terenie Ewangelia obecna jest od XVIII w. Z powodu braku powołań i braku kapłanów, przez ubiegły rok nie było wśród nich proboszcza na stałe, więc z ogromną radością przyjęli decyzję biskupa o pozostawieniu mnie tam. W San Antonio i w okolicznych wioskach nie ma prądu. Jest generator wioskowy, który daje prąd przez 3-4 godziny wieczorem. Są dwa telefony publiczne, takie budki telefoniczne, ale często się psują. W porze suchej jest kłopot z wodą, gdyż brakuje studni i wód podziemnych. W większości używa się wody deszczowej, gromadzonej w dużych zbiornikach, w czasie deszczów.
 
Od grudnia do Wielkanocy trwała pora deszczowa. W tym roku była ona bardzo obfita. Stąd liczne informacje również w polskich środkach społecznego przekazu, o licznych powodziach w Boliwii i w sąsiednich krajach. Rzeczywiście na terenach niżej położonych, jak chociażby w sąsiednim departamencie Beni, powodzie spowodowały wiele zniszczeń. Również i na terenie naszego wikariatu, szczególnie w okolicach rzeki Rio Grande, wiele mieszkańców wiosek musiało zostać ewakuowanych. Ludzie ci zamieszkali w Los Troncos, w namiotach, przygotowanych przez różne instytucje pomocowe.
 
Mojej parafii powodzie nie grożą, gdyż wioski położone są na szczytach. Jednakże z powodu obfitych deszczów, 15 km przed San Antonio, mocno wezbrała rzeka Zapoco. Woda płynęła jeden metr powyżej mostów. Przez blisko tydzień nie dało się ich przekroczyć.
 
            Ciekawie wygląda tu Wielki Tydzień. Generalnie Indianie są bardziej niż my, Europejczycy, ludźmi emocjonalnymi. Dużo mocniej przemawia do nich obraz i bardziej pewne rzeczy przeżywają. Stąd niektóre obrzędy mają bardziej rozbudowane. Chociażby Niedzielę Palmową – wjazd Jezusa na osiołku. W San Antonio osły są bardziej popularne niż konie. Dlatego w czasie procesji z palmami nie mogło zabraknąć przejazdu kapłana na ośle. Miałem więc ku temu okazję. W Wielki Czwartek nie mogło zabraknąć realnego przeżycia Wieczerzy z 12 Apostołami i obmywania nóg. W Wielki Piątek tradycyjnie musi być Droga Krzyżowa w plenerze, z aktorami przebranymi w stroje z tamtej epoki. Szczególną tradycją tamtych ludzi jest zdejmowanie Pana Jezusa z Krzyża, a potem procesja z ciałem po głównym placu miasteczka. Wielkosobotnia procesja rezurekcyjna również ma szczególną formę. Po celebracji obrzędów wszyscy wyruszają w procesji z figurami św. Jana i Maryi do kaplicy naprzeciw kościoła, skąd przynoszą potem figurę Jezusa Zmartwychwstałego. Niedziela Wielkanocna to poświęcenie pokarmów, szczególnie ugotowanych kurczaków, którymi potem obdzielają się wzajemnie.
 
            Mam świadomość, że to wielkie dzieło dzielenia się wiarą z innymi, nie byłoby możliwe bez waszego zaangażowania i bez waszej pamięci. Dlatego w Niedzielę Zmartwychwstania, za wszelkie zaangażowanie, wszelką pomoc i stałą modlitwę, która nam, misjonarzom, towarzyszy, chciałbym Wam podziękować i życzyć, by Chrystus Zmartwychwstały wynagradzał swoją łaską Wasze misyjne zaangażowanie.
 
ks. Mariusz Barwacz 
Boliwia 
Głoście Ewangelię 2(2008), s. 16-17