Strona główna
Artykuły
Biuletyn "Głoście Ewangelię"
Dom Formacji Misyjnej
Historia
Informacja
Kronika misyjna
Misjonarze diecezjalni
Misjonarze zakonni i świeccy
Misjonarze męczennicy
Księża tarnowscy na Wschodzie
Animacja i formacja misyjna
Szpital w Bagandou
Kleryckie Ognisko Misyjne
Kolędnicy misyjni
Wspomnienie o ks. Janie Czubie
Ofiarność i pomoc dla misji
Mungo Maboko

Afryka bliska i daleka

 

Ksiądz Mieczysław Pająk pisze już trzeci list z Republiki Środkowoafrykańskiej, w której podjął pracę w październiku ubiegłego roku. Tym razem pisze o pracy misjonarza w Wielkim Poście, o problemach i zadaniach, którym musi stawiać czoło. Odsłania też formę percepcji kazań przez Afrykańczyków.

Zomea, Wielkanoc 2000 r.

Moi Drodzy!

            Mija już pół roku od mojego przylotu do Afryki, więc czas dzielić się osobistymi doświadczeniami i spostrzeżeniami. Mogę powiedzieć, że już przeszedłem pierwszy chrzest bojowy w strugach własnego potu pod gorącym afrykańskim niebem. Przynajmniej teraz afrykański upał nie daje się aż tak we znaki, jak to było w początkowych tygodniach. Językowo próbuję sobie jakoś radzić. Mam już tę satysfakcję, że chociaż w części przydaję się, pomagając w pracy misyjnej mojemu Proboszczowi ­Ks. Markowi. Potrafię już z pomocą Afrykańczyka pisać kazania w tutejszym sango, a potem odczytać z kartki do wiernych. Wiem jednak, że nie zachwycam słuchaczy takim stylem oratorskim, kiedy w większości muszę zerkać na kartkę, zamiast mówić z pamięci. Czuję instynktownie, że audytorium jest czasami znużone, dzieci próbują jakoś zająć sobie czas: przeciągają się, ziewają, poszturchują. A ja z trudem, z wolna cedząc krótkie zgłoski w języku sango, staram się wyartykułować to, co uważam za najważniejsze do poruszenia z ambony. Z czasem będę musiał zmienić styl kaznodziejski; mieć bezpośredni kontakt wzrokowy, mówić bez pomocy pisemnych. W Afryce, aby przekonać słuchacza, musi się mówić odważnie, z zaangażowaniem, nie spuszczając wzroku, wręcz sugerować, że kontroluje się całość sytuacji. Nieważne są tak bardzo argumenty, których się używa, ale siła głosu, gestykulacja, stanowczość wypowiedzi. Za klarowny sposób mówienia, za trafność uwag można być nagrodzonym głośnym pomrukiem w stylu: hm, hm, ­przez co publika stara się przyznać mówcy rację. Ale równie łatwo usłyszeć otwarte słowa dezaprobaty, oburzenia, nawet gromkiego protestu, jeśli próbuje się wymusić zgodę na wątpliwej jakości przekonywanie.

            Jednego razu zostałem niemal oszołomiony zachowaniem słuchaczy podczas kazania. W czasie mszy, której byłem koncelebransem w towarzystwie afrykańskiego księdza, siedziałem sobie spokojnie z boku na krześle, próbując wyłowić jakieś zrozumiałe mi słowa. Kaznodzieja mówił z namaszczeniem, bardzo wyraźnie. Aż tu nagle, gdzieś na koniec jakiegoś wywodu, idealną ciszę przeszyło zawodzące, przeciągłe wycie jakiejś słuchaczki. Tak mówca zafascynował ją swym słowem, że nie była w stanie opanować wzruszenia, więc wykrzyczała swoją radość przenikliwym, rozdzierającym piskiem. A potem odezwały się inne krzyki, wtórując tej pierwszej. Gdybym to ja stał przy ambonie, sądzę, że w takiej konsternacji i poirytowaniu nie byłbym już w stanie wydusić z siebie słowa. A tymczasem kaznodzieja z największym spokojem kontynuował swą prelekcję. Dla Afrykańczyka taka reakcja nie była zaskoczeniem.

            Obecnie Wielki Post jest czasem wzmożonej pracy w naszej placówce. Próbujemy dotrzeć do najdalszych zakątków naszej misji. Przemierzamy dziesiątki kilometrów w buszu, po beznadziejnych, okropnych drogach, prawie całkowicie nieprzejezdnych w pewnych okresach roku. To tylko mocny samochód na dwa napędy i brawura jazdy pozwalają przebrnąć takie afrykańskie bezdroża. Czasami może w drodze zaskoczyć zwalone drzewo, dziury nie do objechania, a i nietrudno też o defekt samochodu. W tych naszych misyjnych wyprawach chcielibyśmy spotkać się z jak największą ilością chrześcijanami i dać możliwość przystąpienia do sakramentów świętych.

            Zadziwiającym dla mnie było odkrycie, że odwiedziliśmy wioski, gdzie nie było już od 6 lat żadnego księdza, nie była odprawiana Msza święta. Jednak mimo tego wspólnoty katolickie nie przestały funkcjonować. W pobudowanych z kijów kaplicach, pokrytych liśćmi palmowymi, spotykają się wierni na coniedzielną wspólną modlitwę. Są ministranci, lektorzy, jest grupa kobiet przynależąca do Legionu Maryi, które wspólnie lub indywidualnie odmawiają różaniec. Jest nawet Stowarzyszenie św. Wincentego a Paulo, które pomaga najuboższym. Młodzież ma swoją grupę, są także harcerze. Katechiści odpowiedzialni w wioskach za naukę religii prowadzą katechezę i po kilkuletnim przygotowaniu jest pewna grupa katechumenów gotowych przyjąć chrzest święty. Niektórzy umieją nawet spowiadać się. Do pewnego rodzaju sukcesu misyjnego zaliczyłbym tegoroczny chrzest i ślub dwóch par nowożeńców na naszej misji. Może to dziwnie zabrzmiało, ale styl życia rodzinnego w Afryce jest daleki od zasad chrześcijańskich, a zwłaszcza brak przekonania Afrykańczyków do życia w wierności sakramentalnego związku. Jest to jedna z największych trudności w nauczaniu i wpajaniu przykazań Bożych. Dawne zwyczaje płacenia dużego wiana za dziewczynę powodują, że często mężczyźni żyją w związkach z kobietami bez żadnych zobowiązań, nawet bez ślubu tradycyjnego. A gdyby takowy zawierali, mieliby możliwość przyjąć chrzest po wcześniejszym katechumenacie.

            Jak dużym problemem jest prowadzenie życia monogamicznego wśród Afrykańczyków, niech posłuży przykład jednego katechety. W pewnej wiosce po wyspowiadaniu chętnych, odprawieniu Mszy św., zaproszono mnie właśnie do domu katechisty i zarazem szefa wspólnoty katolickiej na wspólny posiłek przy jednym stole, przy jednej misce, jednym kubku, bez naczyń, bez nakryć. Jedliśmy wszyscy społem, rękami, bez żadnych skrępowań (do tego zdążyłem już przywyknąć). Skromne dania przygotowała żona katechisty. Porozstawiana po kątach kilkuosobowa grupka dzieci przyglądała się tak obfitej, zapewne nieczęstej w ich domu uczcie, z nietypowym gościem, bo białym człowiekiem. Katechista wyraził niezadowolenie, że ludzie nie chcą chodzić na katechezę. Powód był jednak dosyć oczywisty, choć dla niego niezauważalny. Otóż w swojej gorliwości przez lata robił codziennie 2 godz. religii. Poleciłem mu więc ograniczyć naukę katechezy do dwóch spotkań w tygodniu. Ale po kilkunastu dniach dowiaduję się, że już w ogóle nie jest katechistą. Wspólnota wioskowych chrześcijan zdymisjonowała go z tego stanowiska, odebrała mu prawa nauczania religii. Okazało się bowiem, że miał w drugiej wiosce inną kobietę, a co więcej, wziął ją sobie oficjalnie jako drugą żonę. Został, więc publicznie ukarany za brak moralności. Jak widać nie przeszkadzały mu – honorowa funkcja katechisty, starszy wiek, liczna rodzina – aby wziąć sobie drugą kobietę i żyć w poligamii. Wiele podobnych przykładów spotykamy wśród naszych misjonowanych.

            Rozpoczęliśmy ostatnio budowę nowego domu mieszkalnego w największym skupisku na naszej misji w Bagandu. Jest to duża wioska – ok. 3 tys. mieszkańców – oddalona o 25 km od Zomea, gdzie mieści się nasza obecna baza mieszkaniowa. Z czasem mamy zamiar zmienić miejsce zamieszkania, aby być tam, gdzie jest największa liczba wiernych. Chociaż taka zmiana nie wyjdzie nam na korzyść ze względu na gorszy stan drogi, co w porze deszczowej może się wiązać z dużymi trudnościami dojazdu do stolicy.

            Nasz tutejszy biskup znając brawurę, zdolności i odpowiedzialność ks. Marka polecił mu pokierowanie tą budową. Zresztą będzie to już jego kolejna budowa na misjach w ciągu jego 10-ciu lat pracy w Republice Środkowoafrykańskiej. Koszty takiej budowy ze względu na trudny dojazd i zatrudnienie firmy ze stolicy są wysokie. Jednak biskup dzięki szerokim kontaktom i pomocy świadczonej przez jego rodaków z Italii będzie w stanie ufundować nie tylko budowę naszego domu, ale również zamierza wybudować dla miejscowej ludności przedszkole, ośrodek zdrowia i szkołę. Mamy tym i wszystkimi przedsięwzięciami pokierować i zarządzać. Na pewno takie inwestycje materialne przyczynią się znacznie do zainteresowania również niekatolików naszą wspólnotą. A będzie to opatrznościowe dla ludności ze względu na pomoc socjalną, jak również łatwość oddziaływania misjonarskiego, jako że miejscowość jest częściowo zislamizowana. Duża ilość Arabów nie tylko trudni się handlem, ale i rozprzestrzenia wiarę w Allacha.

            Aby jednak misyjna praca miała widzialny wymiar – oprócz tego ważniejszego, niewymiernego działania Bożej łaski w duszach ludzkich – musi łączyć się z niemałym wysiłkiem i latami pracy misjonarzy. Zawsze jednak trzeba nam uzmysławiać sobie, że nasza moc nie pochodzi od nas, ale jest tą Chrystusową odwieczną asystencją swym apostołom; zapewnieniem, że to On zwyciężył świat, że to On pociągnie do siebie wszystkich darem zbawczej ofiary. Dlatego potrzeba nam tej Jego żywej obecności, Jego cudownego wielkanocnego poranka ze słowami: Pokój wam! – zwłaszcza w chwilach braku widocznych efektów ewangelizacji, niepowodzeń, ludzkiej bezradności. O to też prosimy naszego Mistrza, aby szedł z nami, jak towarzyszył rozgoryczonym i zagubionym uczniom w drodze do Emaus. I tego również życzymy Wam – nasi bliscy, znajomi, zaangażowani przez modlitwy i ofiary w pomoc misjom – aby Chrystus Pan był waszym Pokojem, aby On rozjaśniał wasze drogi życia, abyście bez lęku mogli dzielić się z każdym Prawdą Jego Zmartwychwstania.

ks. Mieczysław Pająk - Rep. Środkowoafrykańska
Głoście Ewangelię 3(2000), s. 13 – 18.