Strona główna
Artykuły
Biuletyn "Głoście Ewangelię"
Dom Formacji Misyjnej
Historia
Informacja
Kronika misyjna
Misjonarze diecezjalni
Misjonarze zakonni i świeccy
Misjonarze męczennicy
Księża tarnowscy na Wschodzie
Animacja i formacja misyjna
Szpital w Bagandou
Kleryckie Ognisko Misyjne
Kolędnicy misyjni
Wspomnienie o ks. Janie Czubie
Ofiarność i pomoc dla misji
Mungo Maboko

ks. Marek Muszyński

Ks. Marek Muszyński wyjechał na misje do Republiki Środkowoafrykańskiej w 1989 roku. Od początku pracował w Bimbo nie daleko stolicy kraju - Bangui. W tym roku od października zmienia miejsce swej pracy przenosząc się do sąsiedniej diecezji. Podejmie ewangelizację wśród pigmejów. W swoim liście opisuje w skrócie pierwszy etap pracy w Bimbo.

Bimbo, 2 października 1998 r.

MOI DRODZY!
 

            Minęło już dziewięć lat od pierwszego mojego spotkania z Afryką. Przypominam sobie pierwsze kroki na płycie lotniska w Brazaville, rozgrzane, wilgotne i ciężkie powietrze wciągnąłem do płuc z myślą, jak tu można żyć i ruszyłem z ks. Piotrem Świdrem i ks. Janem Czubą do wyjścia, gdzie czekali ks. Wojciech Mach, ks. Andrzej Kurek, ks. Stanisław Pawłowski oraz siostry. Potem wyprawa do Mindouli, gdzie spędziłem tydzień podziwiając piękne krajobrazy tej misji i pierwsze radosne i życzliwe spotkania z afrykańczykami.

            Do Bangui dotarłem po dwóch tygodniach i widzę wysoko podniesioną rękę ks. Józefa Ziobronia i ks. Krzysztofa Czermaka, znak, że oczekują z radością. W pierwszych miesiącach zająłem się sprawami gospodarczymi i chcę wam powiedzieć, że jest to rzecz bardzo istotna w tym klimacie, gdy myśli się zostać tam dłużej. Ksiądz Krzysztof przedstawił mnie podczas niedzielnej Mszy św. w parafii, były jak zwykle w takich sytuacjach, oklaski. I tak tydzień po tygodniu wyprawy do wiosek, poznawanie ludzi, katechistów. Wyprawy nad rzekę organizował ks. Józef mobiletem do Nzimby i dalej, aż w końcu dotarłem do tej najodleglejszej wioski Bomboko, dwa dni drogi pirogą. Płynąc podziwiałem krajobrazy i bezmiar wody w rzece Oubangui, która ukazywała swoje uroki i niebezpieczeństwa. Najbardziej brakowało zdatnej wody do picia i do dziś trzeba zabierać ją ze sobą. Ludzie radośnie przyjmowali i częstowali tym, co dała natura, a więc rybami, gazelami, żółwiami, szczurami palmowymi, małpami, żabami, gąsienicami i wężami. Wiele razy podawano mi do zjedzenia żołądek z kury - znak afrykańskiego powitania, starszeństwa i gościnności.

            Po roku dostałem zadanie budowy domu katechetycznego, nie byłem sam, brat Józef był projektantem i służył radą w wykonaniu. Zabrało nam to sporo czasu, chyba 8 miesięcy. Przez 2 lata ks. Józef i ks. Krzysztof wprowadzali mnie w misyjne arkana. A było się czego uczyć: pomoc chorym, lekarstwa, pomoc ubogim, rada parafialna, katecheza, spotkania formacyjne, przygotowania do sakramentów, wyprawy w busz. A wspólnym wieczornym spotkaniom i opowieściom, które to często przynosiły radość, wiarę i siły, nie było końca. I tak oto po dwóch latach zostałem sam, oczekując na przyjazd ks. Eugeniusza Szyszki. Aby podołać naszym obowiązkom odwiedzin duszpasterskich, w wioskach przygotowaliśmy polową kuchnię i afrykański kucharz przygotowywał nam posiłki, kiedy my przemierzaliśmy busz. A potem budowa dzwonnicy, znaku, że Kościół tu jest i modli się. I posypały się nowe pomysły i zamiary. Msza św. z jutrznią, wspólnoty chrześcijan w dzielnicach (CEB), adoracja Najświętszego Sakramentu w każdy czwartek, rekolekcje w parafii lub w dzielnicach, przygotowujące do Świąt Bożego Narodzenia lub Wielkiej Nocy, sesje katechistów w sektorach, ewangelizacja w wioskach, prowadzona przez radę parafialną i nasze comiesięczne spotkania w radzie duszpasterskiej z ojcami kombonianami, kapucynami, siostrami komboniankami i Serca Jezusowego, aby wspólnie zorganizować i zrealizować nasze duszpasterskie plany. Niestety, choroba ks. Eugeniusza przerwała chwilowo nasze zamiary. Nie było mi wtedy łatwo. Sam na takiej wielkiej misji. Dzięki Bogu zjawili się pomocnicy: o. Innocenty - kapucyn (Włoch) i p. Marek z Lublina - pilot. Byli jak brat w misji - pomagali w naprawach, budowach i zaopatrzeniu. Powrót ks. Eugeniusza przyniósł mi prawdziwą radość i wytchnienie. Potem wizyta księdza biskupa Józefa Życińskiego i jego płomienne, perfekcyjne kazania czytane w języku sango, radość i burza oklasków afrykańskich wiernych podczas Mszy św., wizyta w Nzimba i Salanga, i przejażdżka pirogą po Oubangui. Z żalem żegnaliśmy dostojnego Gościa, pamiętając jego pełne nadziei i wiary słowa.

            Po tej niecodziennej wizycie ks. Eugeniusz odszedł do Bohong, a jego miejsce zajął ks. Marek Mastalski, który z zapałem ruszył nad rzekę, sprowadził silnik do łodzi i dziś bez trudności docieramy do najdalszych wiosek. Po roku przybył ks. Bronisław Kowalik. Tydzień po jego przylocie zginął seminarzysta Robert Gucwa, którego to śmierć napełniła nas smutkiem i bólem. Ja do dziś pamiętam tamtą noc. W stolicy coraz bardziej było niespokojnie. Zwalczające się stronnictwa doprowadziły do wojskowych wystąpień. Wielu ludzi straciło swój majątek i opuściło kraj na zawsze. Gdy wygasły wrogie nastroje, przystąpiliśmy do rozbudowy kościoła w Bimbo. Zaledwie po 4 miesiącach nowa fala wojskowych buntów przerwała nam prace. Czas był niespokojny, prześladowania ludzi z przeciwnych plemion, wyłudzanie pieniędzy przez buntownicze wojska, konfiskowanie samochodów i śmierć kilkudziesięciu ludzi. Francuska Legia Cudzoziemska tylko na pewien czas położyła kres tym zamieszkom. Dopiero wtedy mogliśmy dokończyć budowę kościoła i w Wielkanoc cieszyliśmy się wraz z Nuncjuszem Apostolskim nową świątynią. Jednak nastroje wrogości nie ustały, w czerwcu wojska panafrykańskie, które zaatakowały buntowników. Było wówczas wielu zabitych, a ci którzy pozostali w domach byli rozstrzelani, zginęło 1000 osób. Prawie połowa ludzi z Bangui uciekła do buszu. Szybko przyszła pomoc Czerwonego Krzyża i po dwóch tygodniach negocjacji, ludzie wrócili do swoich domów. Dziś jest niewiele lepiej. Brak silnej władzy, bezpieczeństwa, sporo rabusiów po drogach i nie brak nocnych napadów. Za rok wybory prezydenckie. Mamy nadzieję, że przyniosą upragniony pokój, wróci perspektywa lepszego życia i nadzieja na przyszłość. Mimo tych niepokojów i politycznych zmian prowadzimy nasze duszpasterstwo niosąc pociechę i nadzieję na lepsze jutro, ukojenie w cierpieniach, chorym radość i wiarę w Chrystusa Zmartwychwstałego. Przy pomocy dzwonów (dar z Tarnowa), które zawisły w pięciu wioskach wzywamy naszych braci do modlitwy.

            Tak oto w skrócie zamykają się moje wspomnienia z Bimbo. Dziękuję za modlitwy, które są jak skrzydła ptaka, za ofiarowane cierpienia, co jak woda gasi pragnienie, Wasze ofiary, które dają życie chorym. Za parę dni rozpocznę pracę w wiosce Bagandou, diecezja Mbayki, gdzie będę ewangelizował pigmejów. Proszę gorąco o pamięć w Waszych modlitwach, bym mógł wypełnić moje posłanie. 

ks. Marek Muszyński
Rep. Środkowoafrykańska

Głoście Ewangelię 4(1998), s. 24-27.