Strona główna
Artykuły
Biuletyn "Głoście Ewangelię"
Dom Formacji Misyjnej
Historia
Informacja
Kronika misyjna
Misjonarze diecezjalni
Misjonarze zakonni i świeccy
Misjonarze męczennicy
Księża tarnowscy na Wschodzie
Animacja i formacja misyjna
Szpital w Bagandou
Kleryckie Ognisko Misyjne
Kolędnicy misyjni
Wspomnienie o ks. Janie Czubie
Ofiarność i pomoc dla misji
Mungo Maboko

ks. Mateusz Dziedzic

 Baboua, 25 października 2013 r.

 
Drodzy Przyjaciele misji prowadzonych przez tarnowskich kmisjonarzy!
 
Pozdrawiam Was bardzo serdecznie. To już drugi miesiąc od mojego powrotu z Polski na afrykańską ziemię. Wróciłem po urlopie na swoją misję do Baboua. Każdy powrót misjonarza to radość naszych czarnych braci. Okazują swoją radość, przychodzą się przywitać. Zawsze pytają o rodzinę: jak rodzice, rodzeństwo, jak w ojczyźnie? Pytają również o misjonarzy, których znają, a którzy już powrócili do Polski. Są też tacy, którzy pytają wprost: a co nam przywiozłeś, jaki prezent masz dla nas? Zawsze przy okazji powrotu prawią komplementy, mówiąc: „ja ti mo a kono mingi”, co dosłownie znaczy „urósł ci duży brzuch”. W moim wypadku uwaga ta w tym roku miała swoją rację. Jedzenie u mamy i u bliskich zawsze smakuje.
 
Wróciłem do Republiki Środkowoafrykańskiej z nadzieją, że sytuacja społecznopolityczna stabilizuje się. Tak przynajmniej było przez ostatnie kilka miesięcy. W drugiej połowie sierpnia i na początku września zrobiło się ponownie gorąco w niektórych miejscach naszego kraju. Ludzie miejscowi nie mogli już znieść tego, że są upokarzani i źle traktowani przez nową władzę (chodzi o rebeliantów przebranych za żołnierzy pilnujących porządku w państwie). W niektórych miejscowościach ludzie zabili kilku żołnierzy-rebeliantów. Zemsta była okrutna. Rebelianci w odwecie palili całe miejscowości, przede wszystkim domy chrześcijan. Chrześcijanie widząc, co się dzieje, w rozpaczy i z chęci zemsty zaczęli zabijać muzułmanów. W wioskach, małych miasteczkach, gdzie od lat muzułmanie żyli w zgodzie z chrześcijanami, doszło do rozlewu krwi, do podziału ludzi żyjących od lat obok siebie. Stało się to, czego wszyscy się boimy – podziału na płaszczyźnie religijnej. Na szczęście dotyczy to tylko kilku miejscowości w RCA.
 
Podobna sytuacja miała również miejsce w diecezji Bouar gdzie pracujemy. W parafii Bohong, położonej 75 km od Bouar, zaczeło się niewinnie od przesłuchania i pobicia jednego z mieszkańców. Na pomoc pospieszyli koledzy zabijając kilku żołnierzy-rebeliantów. Rebelianci zwołali posiłki i rozpoczęła się walka. Walka nierówna, gdyż żołnierze byli dobrze uzbrojeni. Miejscowi mieli na wyposażeniu tylko broń myśliwską, łuki i maczety. W walce zginęło kilku rebeliantów, wielu zostało rannych. Obrońcy Bohong znali teren, wiedzieli gdzie się chować, nie stracili, więc za dużo ludzi. Kiedy skończyła się walka, nadeszła okrutna zemsta. Żołnierze-rebelianci, którzy są muzułmanami, zaczęli „polować” na chrześcijan. Gdy spotkali w miejscowości mężczyznę od razu strzelali, aby zabić. Na szczęście na początku potyczki ludzie uciekli na swoje pola i do lasu. Rebelianci zemścili się na opuszczonych domach. Palili wszystkie domy chrześcijan (katolików, protestantów i tych którzy nie są muzułmanami). W Bohong i trzech sąsiednich miejscowościach zostało spalonych 2400 domów. Wszystkie te wydarzenia działy się od 16 do 19 sierpnia. W niedzielę 18 sierpnia, będąc na urlopie, głosiłem kazania w rodzinnej parafii w Polnej. Nie wiedziałem wtedy, co dzieje się w diecezji Bouar i nie wiedziałem, że przyjdzie mi w połowie września jechać do „spalonej” parafii, aby być przez 2 tygodnie z ludźmi, którzy przeżyli piekło i utracili cały swój dobytek.
W połowie września, bowiem biskup diecezji Bouar Armando Gianni poprosił nas, księży diecezji tarnowskiej pracujących w Baboua, o pomoc mieszkańcom parafii Bohong. Biskup bardzo chciał obecności księdza w tej parafii, pośród ludzi, którzy przeżyli swój dramat i muszą powoli wrócić do normalnego życia. Księża, którzy pracowali w tej parafii nie czuli się jeszcze na siłach, by wrócić do swojej misji – stąd poszukiwania jakiegoś zastępstwa. Budynek kościoła w tej parafii na szczęście nie ucierpiał. Został natomiast obrabowany dom sióstr i dom księży.
 
Po rozmowie z ks. Leszkiem Zielińskim, moim współpracownikiem, podjęliśmy decyzję, że odpowiemy pozytywnie na prośbę biskupa. Ks. Leszek został w naszej parafii w Baboua, ja zaś w poniedziałek 16 września pojechałem do Bohong. Widok spalonych  wiosek, przestrzelone zamki do drzwi na plebanii, puste, zrabowane pomieszczenia robiły przykre wrażenie. Na szczęście od samego początku mojego pobytu pojawili się chrześcijanie.
 
Ks. Mirek Gucwa, wikariusz generalny diecezji Bouar, zwołał spotkanie duchownych i przedstawicieli różnych religii. Przyszli muzułmanie, protestanci i katolicy. Była wspólna modlitwa, rozmowa na temat tego, co się stało, rozmowa o sytuacji teraźniejszej i szukanie dróg wyjścia z kryzysu. Przy wielkiej radości zebranych została powołana „platforma międzyreligijna”. Wieczorem ks. Mirek odjechał do Bouar. Zostałem sam w pustych ścianach. Nie sam, bo wiedziałem, że jest Pan ze mną, który mnie wybrał i posłał, oraz że są ludzie ze mną. Ludzie, którzy od samego początku imponowali mi sposobem przeżywania swojego dramatu. Tylko niektórzy z nich znaleźli swoje schronienie w domach nie dopalonych, albo pokrytych blachą, które nie zostały zniszczone w wiosce. Zdecydowana większość miała swoje domki na swoich polach. Koczowali czekając na lepsze jutro w prymitywnych domkach ze słomy, albo z  liści. W poniedziałek, w dniu, w którym przyjechałem, na wieczorowej mszy św. było ok 40 osób. 
 
W każdy dzień odprawiałem mszę św. o 6 rano. Uczestniczyło w niej od 25 do 40 osób. Wioska niby była wymarła ale w zgliszczach żyli ludzie. Biskup Armando chciał, aby jakiś ksiądz był z nimi, aby dał im nadzieję i był szafarzem sakramentów. Czułem się wyróżniony, że byłem dla nich pośrednikiem Bożej łaski, głosiłem Jego Słowo w tak trudnej dla nich rzeczywistości. W ciągu dnia ludzie przychodzili do mnie i opowiadali o swojej sytuacji. Niektórzy zaczęli wracać do wioski, wiedząc że misjonarz jest na miejscu. Mój kucharz który co dzień rano chodził na targ, aby kupić coś na obiad, pewnego dnia powiedział do mnie: dziś zadzwonię na Anioł Pański, bo od miesiąca nie dzwoniłem, bojąc się reakcji rebeliantów. To był dla mnie pierwszy namacalny znak, że moja obecność z nimi dodaje ludziom odwagi i zabiera lęk. W ciągu dnia wychodziłem czasem do centrum miejscowości, gdzie spotykałem z reguły muzułmanów. Ich domy nie zostały zniszczone. Siedzieli przed swoimi domami i sklepikami. Pozdrawiałem ich przyjaźnie oni również przyjaźnie odpowiadali na moje pozdrowienia. Kupowałem u nich drobne rzeczy. Otwierali się, byli chętni do rozmowy. Żalili się, że nie ma obrotu w handlu, że gdy zachorują ich kobiety albo dzieci, muszą jechać prawie 100 km do szpitala, aby ich leczyć (w Bohong działał ośrodek zdrowia przy misji katolickiej i duży szpital przy misji protestanckiej, ale obydwa zostały zniszczone, zrabowane i przestały funkcjonować). Odpowiadałem  muzułmanom, że wszyscy ponosimy przykre konsekwencje tego, co się stało. Gdzie zło zwalczane jest złem, zawsze później jest cierpienie. Przyznawali mi rację i ubolewali nad tym co się stało. Przez dziesiątki lat żyli z chrześcijanami w zgodzie. Rebelianci, którzy przyszli, doprowadzili do przykrego podziału. Nasi chrześcijanie przychodzili do centrum sprzedać produkty zebrane na polu. Robili później zakupy u muzułmanów. Kupowali mydło, cukier, kawę, ryż i wracali na swoje pola. Normalność wracała powoli do miejscowości. Między innymi normalność na płaszczyźnie wzajemnej zależności. Chrześcijanie mają pola i sprzedają produkty rolne muzułmanom. Muzułmanie natomiast trzymają w ręku  handel .
 
Od samego początku budowałem się wiarą tych ludzi. Stracili domy, sprzęty codziennego użytku. Często zostało im tylko jedno ubranie, to, w którym uciekli. Nie załamali się. Przepraszali Boga za nienawiść, która rozgorzała w ich miejscowości. Modlili się o pokój. Dziękowali za ocalone życie. Wsłuchiwałem się w ich historie. Jeden z katechistów opowiadał  mi szczegóły swojej ucieczki. Żołnierze-rebelianci strzelali do wszystkiego co się rusza. Gdy nie znaleźli już ludzi w wiosce, ruszyli na obrzeża miejscowości, na pola, gdzie ukryli się mieszkańcy. Nie znając terenu nie zapuszczali się jednak zbyt daleko. Katechista Ludwik opowiadał, że był ukryty z trawie. Obok niego 20 metrów jeden z żołnierzy strzelał w powietrze myśląc, że będą wybiegać z trawy jak przestraszone króliki. – Ja się nie ruszyłem. Modliłem się do Boga, aby mi pozwolił jeszcze żyć, abym mógł zobaczyć moją żonę i moją rodzinę. Bóg wysłuchał mojej modlitwy. Zaczął padać deszcz i żołnierze wycofali się z pól i wrócili do centrum wioski. My mogliśmy uciec jeszcze dalej i spotkać  swoich bliskich ukrytych daleko, między polami.
 
W niedzielę 22 września w całej diecezji Bouar został ogłoszony dzień solidarności z parafią w Bohong (wiem, że do tego została wezwana również diecezja tarnowska). Wierni we wszystkich parafiach modlili się za „spaloną parafię”, składali pieniążki, ubrania i żywność. Pomoc powoli docierała. We wspomnianą niedzielę odprawiłem uroczystą mszę św., na której wierni wypełnili świątynię po brzegi. Parafianie z Bohong wyszli ze wszystkich zakamarków, z pól, lasów. Liturgia mszy św. była przygotowana: śpiewał chór, lektorzy czytali Słowo Boże, 15 ministrantów otaczało ołtarz. Na mszy św. modliliśmy się za tych wszystkich, którzy o nas myślą, pamiętają w modlitwie i składają swoje dary w ludzkiej solidarności. Wspomniałem również, że w mojej ojczyźnie w Polsce w diecezji tarnowskiej jest ogłoszony dzisiaj dzień solidarności z RCA i z parafią Bohong. Na znak tej solidarności rozdałem każdemu uczestnikowi mszy św. obrazek Jezusa Miłosiernego z napisem: „Jezu, ufam Tobie” w języku sango (Jesus mbi zia be ti mbi na mo) i z koronką do Bożego miłosierdzia na odwrocie w tymże języku. Obrazki te wydrukowałem w Polsce w czasie mojego urlopu. Dopiero po mszy św. uświadomiłem sobie, że jest to  namacalna łączność z diecezją tarnowską, gdzie Jezus Miłosierny peregrynuje po parafiach.
 
W środę 25 września odbyło się spotkanie powołanej „platformy religijnej”.  Miałem zaszczyt przewodniczyć jej obradom. Wszyscy uczestnicy spotkania tzn. duchowni muzułmańscy, pastorzy protestanccy i katechiści kościoła katolickiego byli zgodni i wyrażali radość swoich wiernych z faktu, że odbywa  się takie spotkanie międzyreligijne. Mówili również, że od pierwszego naszego spotkania sytuacja w wiosce Bohong poprawiła się.
Ludzie pozbywali się lęku i rozpoczęli powoli z zaufaniem na siebie patrzeć, tak jak to było przed przykrymi wydarzeniami. Wtedy ustaliliśmy program spotkania wszystkich mieszkańców Bohong. Na spotkaniu tym będzie modlitwa wszystkich przedstawicieli Kościołów i religii w gminie, a później przemówienia wójta gminy i przedstawiciela wojska.
 
Spotkanie to ma na celu pojednanie społeczności i pójście do przodu czyli życie obok siebie, tak jak to było dotychczas. W czwartek z imamem Aladji Issa poszedłem do wójta czyli szefa miejscowości, aby przedstawić mu propozycje zorganizowania owego spotkania i program który przygotowaliśmy. Wójt ucieszył się z tej inicjatywy i wyraził swoją aprobatę. Jaka jest przyszłość mieszkańców Bohong?
Jeśli pokój zapanuje na dobre w tej miejscowości, ludzie będą wracać z pól i odbudują swoje domy. Wielu już teraz chce wrócić, ale nie mają miejsca na zamieszkanie i spanie. Trwa jeszcze pora deszczowa. Muszą jeszcze nieco poczekać. Gdy przestaną padać deszcze, wtedy z gliny będą wyrabiać cegłę, „wypalą” ją na słońcu. Z lasu przyniosą drewno na konstrukcje dachową. Ważne będzie również wycięcie trawy, którą położą na dachu. Teraz trawa jeszcze nie nadaje się do ścięcia. Budowa domu to sprawa miesiąca lub dwóch. Największy koszt to drzwi z desek, małe okienka. Oczywiście jakiś stół, krzesła i łóżko. Niektórzy muszą jeszcze kupić garnki, talerze, pojemnik na wodę, bo wszystkie te rzeczy spłonęły. Jak wspomniałem pomoc już powoli dociera. Ludzie otrzymali już ubrania, jedzenie. Są obietnice pomocy finansowej na zakup rzeczy do domu czy na zapłatę szkoły dla dzieci. Również Wydział Misyjny diecezji tarnowskiej przekazał pokaźną pomoc dla mieszkańców Bohong – 10 tys. euro. 
 
Ludzie w „spalonej” parafii z nadzieją patrzą w przyszłość, bo widzą wielu ludzi dobrej woli, którzy spieszą im z pomocą. Wspólnymi siłami odbudują swoją codzienność. Mamy nadzieję, że siostry zakonne i księża tej parafii, którzy przeżyli szok przez wydarzenia z połowy sierpnia wrócą do swojej wspólnoty i parafia zacznie normalnie funkcjonować.
 
Przeżyłem dwa tygodnie w parafii Bohong. Dzieliłem los z ludźmi, którzy są naprawdę biedni, bo potracili całe swoje mienie. Spłonęły ich domy, ich dobytek ale nie spłonęła ich wiara. W tych trudnych chwilach wielu z nich cały swój los powierzało Bogu. Widziałem namacalnie wielu uformowanych chrześcijan, którzy dawali prawdziwe świadectwo swojej wiary. To owoc pracy wielu zastępów kapłanów, sióstr i katechistów, którzy w tej parafii pracowali. Trzeba wspomnieć że przez 5 lat ewangelizowali tu również księża z diecezji tarnowskiej: ks. Mirek Gucwa, Ks. Marek Mastalski i ks. Eugeniusz Szyszka.
Na urlopie w Polsce znalazłem 3 dni na odprawienie rekolekcji. W Bohong miałem dwutygodniowe rekolekcje, które myślę będą owocować w mojej pracy. Wróciłem do mojej misji w Baboua gdzie rozpoczęliśmy na dobre nowy rok duszpasterski, katechezę, formację katechistów, spotkania wszystkich grup parafialnych i wyjazdy do wiosek. Mimo jeszcze nie jasnej sytuacji politycznej pracujemy, aby królestwo Jezusa rosło w sercach naszych braci.
W tygodniu misyjnym pozdrawiamy tych wszystkich którzy obejmują nas swoją pamięcią modlitewną, tych którzy nas wspierają  materialnie i tych wszystkich którym nie jest obojętna misyjna działalność Kościoła.
 
Z modlitwą
Ks. Mateusz Dziedzic Republika Środkowoafrykańska