Strona główna
Artykuły
Biuletyn "Głoście Ewangelię"
Dom Formacji Misyjnej
Historia
Informacja
Kronika misyjna
Misjonarze diecezjalni
Misjonarze zakonni i świeccy
Misjonarze męczennicy
Księża tarnowscy na Wschodzie
Animacja i formacja misyjna
Szpital w Bagandou
Kleryckie Ognisko Misyjne
Kolędnicy misyjni
Wspomnienie o ks. Janie Czubie
Ofiarność i pomoc dla misji
Mungo Maboko

ks. Paweł Paździoch

Ks. Paweł Paździoch wyjechał do Peru w styczniu 2001 roku. Po rocznym pobycie przekazuje swoje wrażenia z pierwszego spotkania z peruwiańską rzeczywistością. Szczególną uwagę kieruje na pierwszy kontakt duszpasterski z mieszkańcami slumsów i na ich sytuację życiową.

Huachipa, 10 stycznia 2002 r.

Drodzy Przyjaciele!
Czas płynie bardzo szybko. Już prawie rok upłynął od mojego przyjazdu do Peru. Pozwólcie więc, że podzielę się z Wami moimi – już nie pierwszymi – wrażeniami. Dobrze pamiętam lądowanie w Limie w upalną styczniową noc, parną i duszną. Słony zapach oceanu i krople potu na skroniach, w tym momencie wilgotność powietrza wynosi ok. 95%. Czymś bardzo śmiesznym wydawały mi się zimowe buty na nogach i ciepła zimowa kurtka podbita polarem, oczywiście już w ręku, a nie na sobie. Peru zgotowało nam gorące przywitanie. Bardzo serdecznie przyjęli nas ludzie. Na lotnisku obecni byli prawie wszyscy księża z Tarnowa pracujący w Peru na czele z Biskupem diecezji Chosica, Norbertem Strottmanem. W diecezji Chosica bowiem znajduje się parafia Santa María de Huachipa, gdzie obecnie pracuję wraz ks. Henrykiem Chlipałą, moim nowym proboszczem.

Pierwsza Eucharystia w slumsach. Miejsce nazywa się Saracoto Chico. Zamiast marmurowej posadzki piach, kamienie, kurz i „zapach” rozkładających się śmieci. Ściany świątyni to skaliste, ciemne, wręcz ponure wzgórza z przyklejonymi do nich domkami z tektury, blachy czy cegieł produkowanych z ziemi zmieszanej z gliną. Strop to niebo. Tego dnia bez mgły, chmur, za to z prażącym słońcem. W pierwszym rzędzie zasiadły trzy psy, przyglądające się z uwagą moim wysiłkom, by przygotować chwiejący się, stary stół jako ołtarz i miejsce przewodniczenia, mającej rozpocząć się mszy św. Nieco dalej 5-6 dorosłych osób siedziało na przyniesionych z domu stołeczkach. U ich stóp gromadka dzieci. W czasie kazania jeden z brzdąców w wieku 5-6 lat wyciągnął z pobliskiej kupy gruzu długi stalowy drut, który zaczął z zacięciem ciągnąć przez środek naszego „kościoła”. Na pomoc ruszyły mu inne dzieci. Oczywiście ten sposób zaniepokoiły psy, które jedyne z uwagą słuchały mojej homilii. Psy swoje oburzenie wyraziły głośnym ujadaniem i warczeniem. W tym czasie inny z malców zaczął ciągnąć mnie za albę – zafascynowany bielą materiału, następny rozpoczął wysiłki, by wspiąć się na stół ołtarzowy – „Co tam maaasz?” – zapytał, chciał zobaczyć, co znajduje się w kielichu. I wtedy przyszło pytanie: „Boże, co ja tutaj robię?” Na szczęście Pan Bóg natchnął dorosłych członków zgromadzenia liturgicznego, by zwrócili baczniejszą uwagę na swoje pociechy. I te rzeczywiście już nieco spokojniejsze uczestniczyły we mszy św., rzecz jasna na swój sposób – naśladując moje gesty i powtarzając moje słowa, więc na wezwanie „Pan z Wami” usłyszałem chóralną odpowiedź: „Pan z Wami”. Myślę, że Pan Jezus przyjął naszą ofiarę i modlitwę – sam przecież powiedział: „Nie zabraniajcie dzieciom przychodzić do mnie”.

Ci, wśród których pracujemy, bardzo potrzebują miłości Boga i cierpliwości, obecności Kościoła. Są to po prostu ubodzy, którzy w poszukiwaniu szczęścia i pracy zeszli z gór do Limy, stolicy kraju. Ponieważ miasto ma ograniczoną możliwość przyjęcia napływających mas ludzkich, ci osiedlają się na jego obrzeżach. 95% naszej parafii, tj. ok. 65 tys., to slumsy, gdzie ludzie, jak już wspomniałem, żyją w domach zrobionych przez siebie z tektury, płyt z blachy, niektórych stać na dom z adobe – ziemia zmieszana z gliną.

Krajobraz jest pustynny: piasek i kamienie. Nie ma wody bieżącej ani kanalizacji. Wiele miejsc nie ma nawet energii elektrycznej. I aż się nie chce wierzyć, ale wielu hoduje tam np. świnie. Ale co im dają jeść? Śmieci, odpadki, które przywożą z Limy, widziałem także śmieci ze szpitali… Jednak najgorzej mają dzieci. Niektóre już w wieku 9-10 lat muszą pracować albo zostają same, gdyż rodzice muszą iść pracować. Więc są niedożywione opuszczają szkołę Nie mówiąc już o jakimś wychowaniu. Aż 90% małżeństw żyje bez ślubu i tak naprawdę bez Pana Boga, choć kiedyś być może zostali ochrzczeni. Oczywiście kobiety i dzieci są w najgorszej sytuacji. Młodzi chłopcy organizują się w pandille – są to bandy wyrostków (30- 40 osób) kierowane przez starszych. Gdy cię spotkają na swojej drodze, zostawiają w skarpetkach, nawet gdy jedziesz samochodem. Nie brakuje – jednym słowem – pracy, by przywrócić tym ludziom godność Dzieci Bożych i godziwe warunki życia. Nie brakuje nam także małych radości, o których być może w następnym liście.

Dziękujemy za każdą modlitwę i wyrazy pamięci. Są naszą siłą w codzienności obowiązków duszpasterskich, czymś, co daje nadzieję i sens podejmowanym wysiłkom. Tu, w Peru, z pokorą uczymy się, że to Chrystus zbawia, przemienia serca, daje nowe życie. My mamy łaskę uczestniczyć w tym dziele jako misjonarze. Zostancie z Panem Bogiem.

ks. Paweł Paździoch
Peru
Głoście Ewangelię 1(2002), s. 21-23