Strona główna
Artykuły
Biuletyn "Głoście Ewangelię"
Dom Formacji Misyjnej
Historia
Informacja
Kronika misyjna
Misjonarze diecezjalni
Misjonarze zakonni i świeccy
Misjonarze męczennicy
Księża tarnowscy na Wschodzie
Animacja i formacja misyjna
Szpital w Bagandou
Kleryckie Ognisko Misyjne
Kolędnicy misyjni
Wspomnienie o ks. Janie Czubie
Ofiarność i pomoc dla misji
Mungo Maboko

ks. Antek Lichoń

Ks. Antoni Lichoń od 2003 roku pracuje w peruwiańskich Andach. W specjalny sposób zmierzył się z nimi przed ostatnim Bożym Narodzeniem, niosąc radość dzieciom mieszkającym daleko od Andamarca. Wyprawę opisuje w liście.

Andamarca, 23 stycznia 2007 r.

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Pozdrawiam serdecznie z peruwiańskich And. Jeśli ktoś z czytających dreptał po naszych, polskich górach, to naprawdę ma mi czego pozazdrościć. Jestem w tak pięknym terenie, że wszystkie „kościeliskie, wierchy różnych kolorów, percie nawet najszlachetniejsztch ptaków, góry babskie czy baranie, połoniny, przełęcze”, pozostają daleko w tyle. Zaznaczam, że jestem patriotą i całą duszą bronię tego, co polskie, ale wymiękamy, nawet z przepiękną panoramą z Gubałówki, czy z widokiem o wschodzie słońca z Babiej Góry. Mnie Bóg tak pobłogosławił, że to, co kocham, mogę tutaj objąć; wzrokiem – góry, sercem – kapłaństwo.

To drugie, z Jego woli, realizuję już od przeszło 3 lat w Andamarce. Od mojego domu z Grybowa potrzebuję 28 godzin, by tu dotrzeć, nie licząc przesiadek i postojów. To znowu nie tak daleko, a w innej przestrzeni, albo – jak by to powiedzieli trochę młodsi ode mnie – matriksie, jesteśmy jeszcze bliżej. W tym miejscu, za tę bliskość modlitwy za misjonarzy, każde „Amen” w naszej intencji, tak naprawdę z głębi serca dziękuję!

Mamy już styczeń, w Perú też, choć trochę inne godziny, a ja chciałbym podzielić się z Wami, zeszłym rokiem, a szczególnie pewnymi wydarzeniami z grudnia. Otóż już w pierwszą niedzielę Adwentu odprawiłem mszę świętą z rytu o Bożym Narodzeniu. I tak cały Adwent wypełniliśmy odwiedzaniem wiosek z zabawkami dla dzieci, gorącą czekoladą, panetonem tj. babką drożdżową z kawałkami galaretki, do tego rozdawaliśmy też używane ubrania.

Pewna wyprawa jest jednak warta odnotowania. Od trzech lat współpracuje z nami jedna prywatna szkoła z Huancayo. Uczniowie między sobą, wśród znajomych, od różnych instytucji zbierają co się da, żywność, ubrania, zabawki, by podzielić się z biednymi. A że w naszej parafii wiosek, do których żadna pomoc nie dociera, bez liku, to mają możliwość wykazania się. Nie ukrywam, że wybieramy dla nich wioski najdalsze. Już drugi rok dzielimy się: ks. Krzysiek, z którym pracuję w Andamarce, jedną grupę bierze w jedną stronę, a ja pożyczonym od kolegów autem odwiedzam inne wioski. W tym roku wybraliśmy się do prawie najdalszych wiosek z naszej parafii. Usytuowane są na sąsiednich zboczach, ale dojście do nich całkiem różnymi drogami. Moje wioski to: Huancamayo, Mariposa i La Union. Od Andamarki też można tam dotrzeć, pierwszy raz tak szedłem, ale lepiej przez inną parafię, a tak właściwie przez inną diecezję i inne województwo. Wyruszyliśmy z Huancayo (przez Andamarkę trzeba byłoby jechać 9 godzin i iść cały dzień) w całkiem przeciwnym kierunku niż zwykle. Do samochodu weszło 7 osób (wiozłem już 10 – tylko w kabinie), paka wyładowana była rzeczami. Mieliśmy trochę problemów z dotarciem do miejsca noclegu, gdzie mieszka rodzina znajomej psycholog z Andamarki. Już myślałem, że czeka nas noc w samochodzie, ale wszystko ułożyło się szczęśliwie. Trafiliśmy dzień po świniobiciu tak, że było co ogryźć.

Na drugi dzień dotarliśmy do Huachocolpa, tam już trzeba było zostawić dżipa. Rzeczy zapakowane na grzbiety końskie, potrzebowaliśmy ich dziewięć, a my powoli wprawiamy nogi w ruch. Wyruszyliśmy późno i po trzech godzinach zapadł zmierzch, ale spokojnie, wszystko było przewidziane, po drodze czekał nas szałas pasterski – pierwsza z przygód. Trzeba zaznaczyć, że jest to już dość nisko, do rzeki dzieliło nas 1,5 godziny, wysokość około 1500 m, dlatego trochę więcej żyjątek można tu spotkać. Ja położyłem się w środku – jak coś będzie szło, to będzie miało na kim się zatrzymać. Nogawki do skarpet, głowę przykryłem ręcznikiem i… odlot. Młodzi palili ognisko, żeby dym odstraszył wszystko, co się rusza. Czy pomogło nie wiem. Raz coś trzasło, obudzili mnie: Padre, tigre – myślę, że zrozumiałe? Po chwili okazało się, że to krowa złamała gałąź, a nie żaden tygrys. Warto wspomnieć też o naszym przewodniku. Dźwigał na grzbiecie jedną paczkę, on też wskazał nam szałas. Nie spał prawie nic, jak zresztą inni, co rusz trzaskając się po twarzy, by zabić komara zanim ukąsi, ale najgorsze było to, że na noc ściągnął sobie buty, tj. gumowce, i postawił je u wezgłowia. Tu zrobię dygresję: gdy ktoś z wioski mi towarzyszy, to ja zawsze idę pierwszy, czasem tylko wiatr zawieje z tyłu i dochodzi zapach z gumowców, poza tymi momentami nos się nie męczy.

Wracam. O świcie okazało się, gdzie spaliśmy. Oj, daleko było na dół patrzeć, przez mgłę przebijała się wstęga rzeki Mantaro. Po półtorej godziny dotarliśmy do niej. I tu czekała nas kolejna atrakcja. Przeprawa na huaro. Lina rozciągnięta miedzy brzegami i na niej zawieszona na rolce deska, rodzaj naszej chuśtawki. Siadasz na deskę i przeciągają cię na drugą stronę, a właściwie to do połowy zjeżdżasz siłą grawitacji, tam kilka wahnięć, jakieś pięć metrów nad lustrem wody, a dalej już cię muszą pociągnąć za powróz. Ja nie ważę dużo, ale doszedł jeszcze plecak z piętnastoma kilogramami. Po drugiej stronie pura subida – czysta wspinaczka, no, nie trzeba było lin i czekanów, ale czasem by się przydały. Tego wyjścia dobre pół dnia, w poziomie ponad półtora kilometra W samym Hancamayo rozdaliśmy zabawki, ubrania, żywność, to co młodzież z gimnazjum nazbierała. Była też nauka mycia zębów, znalazły się szczoteczki i pasty do zębów, nawet fluoryzacja dla dzieci. Z mojej strony trochę śpiewów z dziećmi, msza św., katecheza o Bożym Narodzeniu, chrzest – zostałem ojcem chrzestnym po raz już, nie pamiętam który.

Tej nocy nie potrafiłem się obronić. Pchły pogryzły mnie dość zdrowo. Na drugi dzień już powrót. Młodzi spieszyli się na fiestę na zakończenie roku szkolnego. Z mieszkańcami umówiłem się już na kolejną wizytę. Mówią, że lepiej po żniwach, bo wtedy mają więcej pieniędzy, może by się nawet jakiś ślub trafił. Wypadnie to gdzieś w czerwcu.

Powrotna droga była już znana, nawet huaro nie robiło takiego wrażenia. Atrakcją była jazda wierzchem, poprosiłem o dwa konie dla dziewczyn i jednego do dźwigania naszych plecaków. Druga strona rzeki i inne zwyczaje. Gdy nie mieli huaro, to się nawet nie komunikowali, bo przeprawić się przez tę rzekę to nie takie proste. Dlatego też odmienna kultura. Do kapeluszy wpinają sobie kwiaty, tak kobiety jak i mężczyźni. Po zboczach roznosił się śpiew w języku quechua. Okazało się, że był to czas siewu kukurydzy, a bogatszy gospodarz, oprócz tych, co sadzą, zatrudnia też śpiewaczkę, płacąc jej dwa razy tyle, co zwykłym robotnikom.

Natknąłem się też na grupę odpoczywających, jeden z nich przybiegł do mnie z butelką aguardiente – dosłownie „wody palącej”, czyli bimbru z trzciny cukrowej i częstując mówi: Padre żeby się dobrze szło, tak na dwie nogi – nie mogłem odmówić. Nocleg był w znajomym miejscu, już bez problemu tam trafiłem, pcheł nie było. Potem praktycznie cały dzień powrotu do Huancayo.
Bogatsi o niezapomniane doświadczenia, a przede wszystkim o niezatarty w pamięci uśmiech dzieci, które pierwszy raz w życiu dostały coś na Boże Narodzenie, wróciliśmy do domu. Praktycznie cały grudzień to rozdawanie takiej radości. Nie było czasu nawet świni zabić przed świętami, doczekała się Nowego Roku, no nie długo się nim pocieszyła, bo już jemy z niej kiełbasę, pasztet, salceson, kaszankę. I nic byśmy się z Krzyśkiem nie powstydzili przed rzeźnikami w Polsce. Nie wiem tylko, dlaczego nazwali tego wieprzka Antuś, przecież nic wspólnego ze mną nie miał, był czarny i na dodatek gruby.

Jak to piszę, jest jeszcze początek roku, dlatego niech się wypełnia przez te 12 miesięcy błogosławieństwo Aaronowe, o którym czytaliśmy 1 stycznia: „El Señor te bendiga y te guarde”. „El Señor haga resplandecer su rostro sobre ti y te mire con buenos ojos”. „El Señor vuelva hacia ti su rostro y te de la paz” (Lb 6,24-25).
Wdzięczny za modlitwę i odpłacający się tym samym

ks. Antek Lichoń
Peru
Głoście Ewangelię 2(2007), s. 18-21.