Strona główna
Artykuły
Biuletyn "Głoście Ewangelię"
Dom Formacji Misyjnej
Historia
Informacja
Kronika misyjna
Misjonarze diecezjalni
Misjonarze zakonni i świeccy
Misjonarze męczennicy
Księża tarnowscy na Wschodzie
Animacja i formacja misyjna
Szpital w Bagandou
Kleryckie Ognisko Misyjne
Kolędnicy misyjni
Wspomnienie o ks. Janie Czubie
Ofiarność i pomoc dla misji
Mungo Maboko

ks. Tomasz Paluch, ks. Jacek Olszak

Ksiądz Tomasz Paluch i ksiądz Jacek Olszak w swoim pierwszym liście, dzielą się doświadczeniami z poznawania peruwiańskiej ziemi i jej mieszkańców. Piszą o sytuacji duchowej i materialnej ludzi oraz o swoim działaniu zmierzającym do poprawienia tego stanu.

Andamarca, 15 października 2001 r.

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Na początku pragniemy pozdrowić czytelników „Głoście Ewangelię” i wszystkich przyjaciół misji prowadzonych przez księży diecezji tarnowskiej, tych którzy swoją codzienną modlitwą i ofiarą wspierają dzieło ewangelizacji. Od naszego przyjazdu na ziemię peruwiańską minęło już ponad pół roku, najwyższy więc czas, aby podzielić się doświadczeniami z pierwszych kroków misyjnych stawianych przez nas na nowej placówce w Andamarce.

Nasza parafia to dawna misja franciszkańska, opuszczona przez ostatniego księdza jakieś trzydzieści lat temu. Obejmuje bardzo rozległy teren odległy od cywilizacji - od najbliższego miasta (Huancayo) dzieli nas ok. 6 godzin jazdy samochodem po bardzo krętej, wykutej w skałach drodze. Krajobrazy bardzo piękne, jak z bajki, ale warunki pracy i życia, jak łatwo się domyślić, bardzo trudne. Parafia obejmuje ok. 100 wiosek; do większości z nich można dotrzeć tylko na piechotę (do najdalszej jakieś dwa dni drogi). Niektóre wioski przedstawiają niestety bardzo smutny obraz – kaplice zaniedbane, opuszczone, zrujnowane, ludzie opanowani przez sekty, itd. Naszą pracę i pobyt w Andamarce zainaugurowaliśmy celebracją Wielkiego Tygodnia. Przyjęto nas trochę nieufnie. Gdy tylko pojawiliśmy się w wiosce, przyszły trzy kobiety uzbrojone w karabiny (tzw. ronderas – mają za zadanie bronić wioskę przed terrorystami) pytając o cel naszego przyjazdu. Na drugi dzień ludzie szeptali między sobą, że do wioski przyjechało trzech białych terrorystów. Trochę śmialiśmy się z tego, ale później się okazało, że ich obawy, przynajmniej w jakiejś części, były uzasadnione. Przed wyborami w niektórych częściach kraju pojawili się terroryści zmuszając do głosowania na jednego z kandydatów, który obiecał przeprowadzić rewizję wszystkich procesów sądowych byłych terrorystów. W pierwszej mszy św. odprawionej przez nas w Niedzielę Palmową uczestniczyło zaledwie kilka osób. Później, z każdym dniem, przybywało ludzi w kościele. Niektórzy przychodzili z ciekawości, inni, szczególnie starsi, pamiętający czasy ostatniego księdza, z potrzeby serca. My oczywiście cieszyliśmy się z każdym dniem coraz bardziej – coś z wiary zostało i będzie od czego zacząć. W ciągu tygodnia odwiedzaliśmy niektóre wioski, te do których można dojechać samochodem. Przedstawialiśmy się, rozmawialiśmy z ludźmi i dzięki temu trochę lepiej poznaliśmy ich życie, problemy. Po zakończeniu Wielkiego Tygodnia musieliśmy wyjechać do Huancayo; ponieważ dom parafialny w Andamarce nie nadawał się do zamieszkania, jeszcze przez jakiś czas musieliśmy czekać na zakończenie remontu.

W lipcu mogliśmy zamieszkać na stałe w naszej parafii. Rozpoczęliśmy bardziej systematyczną pracę i odwiedziny wiosek. To, co narzuca się w pierwszym kontakcie z tutejszą rzeczywistością, to ogromna bieda i to nie tylko na płaszczyźnie materialnej, ale też intelektualnej i duchowej. Ogromna część naszych parafian żyje w skrajnej nędzy. Niejednokrotnie warunki ich życia uwłaczają ludzkiej godności. Jest to naprawdę bardzo przykre wrażenie, szczególnie w porównaniu z warunkami życia w wielkich, cywilizowanych miastach - bardzo wyraźne są kontrasty i niesprawiedliwość społeczna. Inny problem to nędza intelektualna, wadliwie funkcjonujący system nauczania - zupełnie zapomina się o prowincji, o wioskach, w których dzieci nie mają możliwości kształcenia się, albo te możliwości są zbyt niskie. Nikt tak naprawdę się tym nie przejmuje. Jest to naprawdę straszne, ale prawdziwe. Prosty lud nie ma praktycznie żadnych perspektyw na poprawę życia.

Również sytuacja duchowa i moralna jest tragiczna. Ludzie przyzwyczaili się żyć bez opieki pasterskiej i, tak prawdę mówiąc, w wielu wspólnotach nas nie potrzebują - może lepiej powiedzieć – potrzebują, tylko na swój sposób. Nie ma mowy o jakimkolwiek pragnieniu pogłębienia wiary, o chociażby minimalnym zainteresowaniu sprawami duchowymi. W każdej wiosce powtarza się ta sama sytuacja – nie można zgromadzić ludzi w kaplicy, jeśli nie mają w tym jakiegoś wyraźnego interesu. Można na nich czekać cały dzień, a nawet dłużej i niestety pojawi się zaledwie kilka osób. W związku z tym wszędzie, gdzie jesteśmy, organizujemy jakieś nabożeństwo za zmarłych (msza św., różaniec, odwiedziny cmentarza, itp.) - Peruwiańczycy otaczają zmarłych ogromną czcią. W niektórych wioskach nam się udało, ale niestety większość z tych, którzy przyszli, nie potrafili dotrwać do końca - byli znudzeni. W jednej z wiosek zorganizowaliśmy różaniec na cmentarzu połączony z błogosławieństwem grobów. W rytm kolejnych „zdrowasiek” ludzie się wykruszyli. Ostatnią tajemnicę odmawialiśmy sami i dwie lub trzy osoby, które zdobyły się na ten heroiczny wyczyn i dotrwały do końca. Inni siedzieli przy grobach swoich zmarłych; jedli, żuli kokę popijając alkoholem. Wyżej napisałem, że Peruwiańczycy otaczają zmarłych czcią. Taka jest prawda, ale ich zwyczaje mają więcej wspólnego z tradycjami pogańskimi, niż z chrześcijańskim podejściem do zmarłych. Jedną z wielu tradycji jest przechowywanie w domach szczątków zmarłych, najczęściej czaszek. Ludzie wierzą, że przez to zapewnią sobie szczególną opiekę ze strony zmarłych. Do skrzynek, w których przechowują szczątki swoich dziadków, rodziców itd., wkładają pokarm, kokę, alkohol. Od czasu do czasu przynoszą czaszki do kościoła, proszą o błogosławieństwo. W wielu wioskach znajdują się tzw. „lavatoria”, miejsca, w których dokonuje się tzw. oczyszczenia. Kilka dni po pogrzebie gromadzi się cała rodzina zmarłego i uroczyście piorą jego ubrania. Wierzą, że przez ten ryt oczyszczą go z grzechów. Oczywiście tym wszystkim rytom i zwyczajom towarzyszy alkohol.

Odwiedzamy wioski raczej z naszej inicjatywy. Od czasu do czasu ktoś nas zaprosi z okazji fiesty, ale te odwiedziny są dla nas prawdziwą zmorą. Nasza obecność i praca ograniczają się najczęściej do walki z pijaństwem. Jakiś miesiąc temu zaproszono nas na fiestę patronalną do jednej z najdalszych wiosek. Poszliśmy z prawdziwym entuzjazmem. Myśleliśmy, że skoro nas zapraszają, to znaczy, że chcą swoje święto przeżyć po chrześcijańsku. Rzeczywistość była jednak zupełnie inna. Ale najpierw o podróży. Wcześniej wspomniałem, że wiele wiosek naszej parafii nie ma dróg dojazdowych. Z prawie 100 wiosek tyko do kilkunastu można dojechać samochodem. Do tej, o której chcę pisać, doszliśmy w jeden dzień. Najpierw dwie godziny samochodem, później osiem godzin na piechotę i ostatnie dwie konno. Po całym dniu drogi dotarliśmy w końcu na miejsce, przyjęto nas w miarę serdecznie. Na drugi dzień jednak okazało się, że nikt nie jest zainteresowany naszą posługą. Od godziny ósmej rano do drugiej po południu czekaliśmy w kaplicy, od czasu, do czasu dzwoniąc dzwonem. Niestety nikt nie przyszedł. Ludzie byli bardziej zaabsorbowani orkiestrą i alkoholem. Pod wieczór oczywiście przyszli prosząc o odprawienie mszy, ale nie było dla kogo wszyscy byli pijani. Na drugi dzień zrobiliśmy „wojnę” szefom wioski, dzięki czemu udało się coś zorganizować. Odprawiliśmy mszę za zmarłych, odwiedziliśmy cmentarz, ochrzciliśmy kilkoro dzieci. Nie było mowy o jakimś spotkaniu formacyjnym. Na trzeci dzień wyruszyliśmy w drogę powrotną. We wszystkich wioskach jest podobnie. Najważniejszy jest alkohol, orkiestra i tańce. Najciekawsze jest to, że ludzie są przekonani, iż przeżywają swoje święta na sposób chrześcijański. Co więcej, twierdzą, że z ich strony takie zorganizowanie fiesty jest wyrazem głębokiej wiary i pobożności.

Coraz bardziej przekonujemy się do tego, że jeśli uda się nam coś zrobić w tej parafii, to będzie tylko i wyłącznie Boża Łaska. Nadzieja w dzieciach i młodzieży – z nimi staramy się coś robić. Oczywiście też nie jest łatwo, gdyż pozostają pod ciągłym wpływem rodziców, którzy bardzo często odnoszą się do nas sceptycznie, a nawet wprost zabraniają im iść do kościoła. Zobaczymy, co pokaże czas. Jak na razie nie tracimy optymizmu i nadziei, że się coś zmieni. Ciągle bierzemy poprawkę, że nasi parafianie ponad trzydzieści lat żyli bez księdza, do tego dochodzi bardzo niski pozom edukacji i kultury.

Jeszcze raz pozdrawiamy wszystkich przyjaciół misji prowadzonych przez księży tarnowskich, w sposób szczególny chorych i cierpiących, którzy zjednoczeni z ofiarą Chrystusa, swoje cierpienia ofiarują w intencji misjonarzy i krajów misyjnych. Dziękujemy też serdecznie za każdą modlitwę i ofiarę na rzecz misji. Niejednokrotnie świadomość, że ktoś w Polsce za nas się modli i pamięta o naszej parafii, dodaje sił i optymizmu.

ks. Tomasz Paluch
ks. Jacek Olszak
Peru
Głoście Ewangelię 1(2002), s. 23-26.