Strona główna
Artykuły
Biuletyn "Głoście Ewangelię"
Dom Formacji Misyjnej
Historia
Informacja
Kronika misyjna
Misjonarze diecezjalni
Misjonarze zakonni i świeccy
Misjonarze męczennicy
Księża tarnowscy na Wschodzie
Animacja i formacja misyjna
Szpital w Bagandou
Kleryckie Ognisko Misyjne
Kolędnicy misyjni
Wspomnienie o ks. Janie Czubie
Ofiarność i pomoc dla misji
Mungo Maboko

ks. Wojciech Wątroba

Zamieszczamy już drugi list ks. Wojciecha Wątroby, który  pracuje jako misjonarz w Peru od września tego roku. Przedstawiając parafię, w której pracuje, opisuje właściwie wszystko: uroczystości religijne, położenie geograficzne, sytuację społeczną, mentalność tamtejszej ludności i swoje, nie tylko duszpasterskie, zajęcia.

Churcampa, grudzień 1999 r.

Szczęść Boże !

Już czwarty miesiąc, z pomocą łaski Bożej, pracuję wraz z Ks. Ryszardem Zielińskim w parafii Churcampa (czyt. Ciurkampa), oddalonej o 500 km na zachód od Limy (14 godzin jazdy samochodem terenowym). Jest to jedna z parafii diecezji Huancavelica  (czyt. Uankawelika), w której pracuje obecnie ok.30 księży, w tym 6 Polaków (4 z diecezji opolskiej i nas dwóch z tarnowskiej).

Przypomnę tylko to, o czym pisałem już w pierwszym liście, że w skład parafii wchodzą trzy duże miejscowości, które mogłyby właściwie tworzyć trzy samodzielne parafie. Są to Churcampa, Anco (czyt. Anko) i Paucarbamba (czyt. Paukarbamba). Do tej pory na terenie tych miejscowości przez ostatnie 5 lat pracował tylko ks. Ryszard, tutejszy proboszcz. Teraz jesteśmy we dwóch.
Miejscowości, o których wspominałem, a które są częścią parafii, leżą na wysokości od 2500 m n.p.m. do 3800 m n.p.m. Liczba mieszkańców sięga ok. 42 tys. Nie wszyscy jednak są katolikami, a to głównie dlatego, że w niektórych wioskach nie było księdza prawie 30 lat. Do najdalszych miejscowości mamy prawie 4 - 5 godzin jazdy samochodem po wertepach i nad przepaściami. A ponieważ w Peru nie jest obowiązkowy coroczny przegląd samochodu, toteż łatwo sobie wyobrazić, jaka jest sprawność pojazdów. Najwyższą górą w okolicy jest Torongana (4000 m n.p.m.). Na jej zboczu znajdują się ruiny twierdzy z czasów Inków i jeszcze dzisiaj można tam znaleźć wiele przedmiotów z tamtego okresu.

Przez naszą parafię przechodzi jeden z głównych szlaków przemytu narkotyków z tzw. selwy (obszar puszczy peruwiańskiej nad Amazonką) i prawdopodobnie wielu z mieszkańców naszej parafii jest w to zamieszanych. Kilka tygodni temu blisko Paucarbamby była strzelanina i kilka osób zginęło. Chodziło albo o narkotyki, albo o zemstę, zwłaszcza że w tym samym czasie niedaleko Churcampy, nieznany sprawca zastrzelił człowieka pracującego na polu.

Mój dotychczasowy pobyt tutaj to właściwie aklimatyzacja. Ponieważ Churcampa leży na wysokości 3200 m. n.p.m., dlatego nie ukrywam, że odczuwałem na początku tę wysokość (czasem jakby brakowało oddechu). Zmiana jedzenia również dała się zauważyć w małych komplikacjach żołądkowych, ale teraz już funkcjonuję w miarę normalnie.
Ciągle jeszcze szlifuję język hiszpański. Jest to język urzędowy, aczkolwiek u nas w górach, zwłaszcza ludzie starsi, mówią w języku keczua. Na razie znam tylko 6 wyrazów w tym języku, ale gdy już będę mógł swobodnie mówić po hiszpańsku, będę uczył się tego drugiego. Na ile pozwalają mi warunki językowe, pomagam oczywiście w pracy parafialnej.
W dniu 12 grudnia mieliśmy uroczystość święceń kapłańskich diakona z naszej diecezji. Z naszej parafii pochodzi też jeden kleryk redemptorysta, a  7-miu chłopców jest w Małym Seminarium.  Cieszymy się z rodzimych powołań kapłańskich.

Na początku września mieliśmy uroczystości I Komunii w Churcampa i kilku innych miejscowościach parafii. W połowie zaś września sakrament bierzmowania przyjęło prawie 150 osób spośród młodzieży. W parafii odczuwa się wielką potrzebę katechistów (mamy 257 wiosek, a więc we dwóch nie jesteśmy w stanie objąć wszystkich katechizacją). Dlatego też przygotowujemy tzw. Centrum Pastoralne, aby tam kształcić i formować przyszłych katechistów. W realizacji tego przedsięwzięcia, zarówno w wymiarze duchowym jak i materialnym, wspiera nas nasza rodzima diecezja tarnowska, za co jesteśmy szczerze wdzięczni. Dzięki  niej kupiliśmy też samochód terenowy, który jest tutaj niezbędnym środkiem ewangelizacji.
W duszpasterstwie parafialnym mojej opiece zostali powierzeni ministranci (mam ich prawie 50), chórek dziewczynek (ponad 30) oraz 4 grupy modlitewne.

Może jeszcze kilka słów o sytuacji kobiet, która w Peru, podobnie zresztą jak w wielu innych krajach tego kontynentu, jest niełatwa. Słabo rozwinięta oświata, a co za tym idzie również  bardzo mała świadomość tutejszej ludności, nie tylko nie przyczynia się do promocji kobiety, ale wręcz przeciwnie sprowadza ją do rzędu przedmiotu. Często młodziutkie dziewczęta, najczęściej w wieku szkolnym (między 14 a 17 rokiem), zostają samotnymi matkami bądź też decydują się na założenie rodziny “przymuszone” zaistniałą sytuacją. Nie ma więc mowy o dalszym kształceniu i podnoszeniu na wyższy poziom świadomości, jak i standardu życiowego. Zdarzyło mi się już nieraz błogosławić związek małżeński, w którym panna młoda “podpisywała się” odbiciem palca w tuszu do pieczątek.

Co do mnie, to brakuje mi trochę lasów, takich jak w Polsce. Nie ma tutaj prawie wcale drzew, jedynie drobne skupiska eukaliptusów. Mamy jednak ogród z drzewami owocowymi. Od początku mojego pobytu tutaj “uprawiam bezkrwawe łowy na kolibra”, który przylatuje do naszego ogrodu pić nektar z kwiatów jabłoni, jednak bez większych rezultatów.
W porównaniu z Polską pająki wcale nie są tutaj symbolem szczęścia i spokoju. Prawie wszystkie są jadowite i gdy się tylko taki “gość” pojawi w pokoju, trzeba go zabić i dopiero później można sprawdzić, czy był jadowity.
Co się zaś tyczy jedzenia to jak wiemy z podręczników do geografii, Perú jest ojczyzną ziemniaka i rzeczywiście odmian jest bardzo dużo. To jedno przypomina Polskę.
Ostatnio “wyleczony” zostałem również (przynajmniej na jakiś czas) z korzystania z jedzenia w restauracjach na prowincji. Otóż w jedną z niedziel rano zdechł nam kogut, albo zagryzł go pies (nie wiem dokładnie, bo nie chciałem sprawdzać). Kazałem ministrantom, aby go zakopali. Gdy już ubijali “grób”, przyszła nasza gospodyni i kazała go wykopać. Chciała go rozebrać wypłukać mięso i sprzedać do restauracji. W ten sam dzień przygotowała mi rosół z kury, który tym razem z trudem zjadłem.

Od czasu do czasu robimy sobie polską kiełbasę. Choć świnki tutejsze są mniejsze niż w Polsce i bardziej tłuste, to jednak kiełbasa smakuje prawie tak jak w kraju. Mamy własną wędzarnię. Mam też na swoim koncie pewne osiągnięcie piekarnicze. Cztery razy udało mi się upiec placek z przepisu otrzymanego od Mamy. To tyle, jeśli chodzi o nasze życie w Andach.
Na koniec przytoczę Wam legendę, dotyczącą nazwy naszej miejscowości - Churcampa: W czasach dawnych Inków pewien człowiek, wędrując przez Peru, przechodził przez Churcampa i bardzo spodobały mu się dwie córki jednego z mieszkańców. Poprosił więc o ręce obydwóch. Ojciec się nie zgodził. Obrażony więc powiedział Ciurik-Jampac (czyt. ciurik-hampah), co w języku keczua oznacza: zostań sobie ze swoimi dwiema córkami. Od tego zdania pochodzi nazwa Churcampa. Gdyby ów ojciec zgodził się na prośbę potomka Inków, to być może stolicą Imperium Inków byłaby dzisiaj Churcampa, a nie Cuzco.

Kończąc list legendą, serdecznie wszystkich pozdrawiam i wraz z ks. Ryszardem polecamy się Waszym modlitwom.

ks. Wojciech Wątroba
Churcampa-Peru
Głoście Ewangelię 1(2000), s. 28-30.