Strona główna
Artykuły
Biuletyn "Głoście Ewangelię"
Dom Formacji Misyjnej
Historia
Informacja
Kronika misyjna
Misjonarze diecezjalni
Misjonarze zakonni i świeccy
Misjonarze męczennicy
Księża tarnowscy na Wschodzie
Animacja i formacja misyjna
Szpital w Bagandou
Kleryckie Ognisko Misyjne
Kolędnicy misyjni
Wspomnienie o ks. Janie Czubie
Ofiarność i pomoc dla misji
Mungo Maboko

Ks. Wojciech Wątroba

Ks. Wojciech Wątroba pisze o swojej pracy w parafii Paucarbamba, która obejmuje 80 wiosek i 18 tys. mieszkańców. Ponieważ na misyjnej placówce jest sam, co miesiąc odwiedza 20 miejscowości i o tej szczególnej pracy duszpasterskiej, związanych z nią troskach i radościach wspomina w liście. 

Paucarbamba, 15 stycznia 2005 r.

Szczęść Boże!
Drodzy Przyjaciele.

Od prawie roku żyję jak prawdziwy pustelnik. Opuściłem Churcampę (tam zostało 2 moich kolegów), żeby przenieść się do innej parafii, Paucarbamba (czytaj Paukarbamba), oddalonej o 50 km od Churcampy. No cóż, taka była wola Biskupa, żebym był cały czas w Paucarbamba.

Jest prawdą, że od początku mojego pobytu w Peru (1999) byłem odpowiedzialny za tę parafię, (ks. Ryszard Zieliński w tym czasie obsługiwał dwie podobne parafie i budował Centrum Pastoralne), ale nie było gdzie mieszkać (dziurawy dach, podłoga z ziemi, okna bez szyb, bez prądu i wody). W takich warunkach mogłem wytrzymać od 3 do 4 dni i wracać do bazy (Churcampa), żeby się wykąpać i odpocząć. Było to dość męczące kilka razy w miesiącu jeździć tam po nieasfaltowanych drogach. Jakieś 3 lata temu Biskup, który przyjechał na bierzmowanie do Paukarbamby i zobaczył to wszystko, zlitował się i dał mi na początek 2,5 tys. dolarów, później poszukałem innych źródeł i udało mi się skończyć nową plebanię (6 metrów szerokości i 11 długości-2 piętra, na dole kuchnia, łazienka i pokój gościnny, na górze 2 pokoje dla księży i łazienka). Teraz żyję jak człowiek. Brakowałoby tylko telefonu. Niby jest publiczny, ale z niego nie można dzwonić poza Peru (tzn. można, ale karta kosztuje 5 soli 1,5 dolara i można by z niej dzwonić do Polski, ale tylko 1 minutę, co oczywiście nie ma najmniejszego sensu). Ale bez telefonu można żyć i to dużo spokojniej.
Kiedy opuszczałem Churcampę, bałem się trochę, jak to będzie żyć samemu, obawiałem się, że nie wytrzymam dłużej jak tydzień (bądź, co bądź przez 4 lata przyzwyczaiłem się do życia w towarzystwie księży. Prawie od razu poczułem się jednak, jak u siebie i praca wciąga coraz bardziej. Parafia ma długość prawie 80 km i szerokość ok. 40 km, liczy ok. 90 wiosek i 18 tys. mieszkańców. Poprzedni proboszcz odszedł w roku 1978. Możecie sobie wyobrazić stan duchowy parafii. Z pobożności został tylko zwyczaj urządzania odpustu raz w roku na cześć patrona (patronki) wioski. Wiedza religijna zredukowała się do zera. Jedynym wyjściem, jak mi się wydawało, było wprowadzić wizyty duszpasterskie w większych wioskach. I tak robię. Obecnie raz w miesiącu odwiedzam ok. 12 wiosek. Przypuszczam, ze niedługo dojdę do 20 wiosek na miesiąc. Pozostałe mniejsze wioski staram się również odwiedzać, ale już z mniejszą częstotliwością.
Wizyty w wioskach mam normalnie wieczorem (ludzie są już po pracy na swoich poletkach) i wracam do domu 9-10 w nocy. Ale za to następnego dnia mogę spać, ile chcę. To też nie jest do końca prawdą. Tzn. wstaję 7- 8 rano. Śniadanie, obiad i kolację przygotowuję sobie sam. Może dlatego schudłem w ciągu pierwszych 3 miesięcy 12 kg. Mam nadzieję, że Was tym nie wystraszyłem, ale dopiero teraz ważę tyle, ile powinienem ważyć, tzn. 71 kg.

Tak więc resztę dnia spędzam w ogródku. Cieszy mnie bardzo, że jarzyny, które przywiozłem z Polski, a których tu nie ma (pietruszka korzeniowa, kalarepa i seler), rosną bardzo dobrze. Tak więc z jarzynami jestem samowystarczalny, a mięso kupuję w sklepie. W wolnych chwilach przygotowuję nowe materiały katechetyczne dla wiernych.

Prawie byłbym zapomniał, że w czasie, gdy nie było w tej parafii księdza, bardzo rozpanoszyły się sekty. Na dzień dzisiejszy ponad połowa mieszkańców parafii przeszła do sekt.
Moim marzeniem jest mieć jakieś kwiatki na klombach przed kościołem, ale wydaje się, że jest to niemożliwe. Jeśli jakieś kwiatki uda mi się zasadzić i trochę urosną, przychodzi odpust i ludzie w nocy po odpuście, gdy mają pokaz sztucznych ogni, tratują dokładnie wszystko, co zasadziłem. Na następny dzień wygląda to tak, jakby walec przejechał po kwiatkach. To tylko jeden z powodów do wściekłości. Jako że odpusty w parafii wypadają mniej więcej co 4 miesiące, o kwiatkach przed kościołem chyba będę musiał zapomnieć.

Ale nie chcę Was zamartwiać i na koniec coś radosnego. Z roku na rok mam w parafii coraz więcej dzieci, które przystępują do I Komunii i bierzmowania. Mam też jednego kleryka (kandydata na księdza). W Paucarbamba, gdzie mieszkam, mam 4 ministrantów. Ale teraz są wakacje i moi ministranci wyjechali do rodzin. Profesor od religii w czasie roku szkolnego prowadzi chórek dzieci i muszę powiedzieć, że śpiewają coraz lepiej.

Mała przygoda na koniec. W marcu (2004) wybrałem się z klerykiem do najdalszej wioski o nazwie Urpay (Urpai). Z wcześniejszego wywiadu dowiedziałem się, że czeka nas co najmniej 8 godzin marszu (21 km). Po ok. 5 godzinach wspinaczki z wysokości 2800 m n.p.m. byliśmy już na wysokości ok. 3800. Ja nie miałem sił. Postanowiliśmy odpocząć.
W tym czasie dogoniły nas 4 osoby z wioski, do której szliśmy. Jako że nie mieli żadnych plecaków, postanowiłem przekonać jednego z chłopców, żeby doniósł mój plecak na miejsce. Oczywiście nie za darmo, tzn. pokazałem mu mój scyzoryk wielofunkcyjny i dał się przekonać. Chociaż gdyby plecak ważył kilka kilogramów więcej, scyzoryk byłby niewystarczającą zachętą. Od tego momentu wędrowaliśmy razem.

Na miejsce doszliśmy ok. 9 wieczór po 12 godzinach marszu. Po kolacji zaoferowano mi pokój, gdzie mieszkał nauczyciel. W nocy czułem, jak deski od łóżka, jedna po drugiej spadały na ziemię, ale po takim wysiłku nie przeszkadzało mi to.

Następnego dnia dopiero wieczorem zgromadziła się grupa osób i mogliśmy się pomodlić i porozmawiać o sytuacji religijnej w tej wiosce. Rozdałem też materiały o modlitwie różańcowej i różańce, jako że był to Rok Różańca.

Trzeciego dnia wróciłem do domu, ale już bez plecaka. Plecak przyniosły te same osoby kilka dni później.
Jestem Wam bardzo wdzięczny za modlitwę. Ja ze swej strony zapewniam o mojej modlitwie za wszystkich Przyjaciół Misji Diecezji Tarnowskiej. Codziennie odmawiam różaniec i raz w miesiącu odprawiam mszę za dobroczyńców. Jako ciekawostkę podaję, że gdy jadę do Limy (10 godzin jazdy), to w drodze odmawiam 7 całych różańców, (co daje 1400 Zdrowaś Maryjo, 140 Ojcze nasz). Ta modlitwa mnie trzyma przy życiu.
Serdecznie pozdrawiam,

ks. Wojciech Wątroba
Peru
Głoście Ewangelię 2(2005), s. 17 – 19.