Strona główna
Artykuły
Biuletyn "Głoście Ewangelię"
Dom Formacji Misyjnej
Historia
Informacja
Kronika misyjna
Misjonarze diecezjalni
Misjonarze zakonni i świeccy
Misjonarze męczennicy
Księża tarnowscy na Wschodzie
Animacja i formacja misyjna
Szpital w Bagandou
Kleryckie Ognisko Misyjne
Kolędnicy misyjni
Wspomnienie o ks. Janie Czubie
Ofiarność i pomoc dla misji
Mungo Maboko

Ks. Wojciech Wątroba

Ks. Wojciech Wątroba pracuje jako misjonarz w Peru od września ubiegłego roku. W kolejnym liście opisuje swoją pierwszą samodzielną ośmiodniową wyprawę misyjną do wiosek położonych w górach.

Churcampa, 30 kwietnia 2000,

Moi Drodzy!

Skończył się już dla mnie „miesiąc miodowy”, a właściwie pół roku „miodowego”. Chodzi o to, że przez ten czas mieszkałem w Churcampa, siedzibie parafii i tylko czasem jechałem do wioski na jeden dzień. Nie były to w pełni wakacje, bo potrzebowałem trochę czasu, aby podszlifować język.

Przed dwoma dniami wróciłem z pierwszej samodzielnej wyprawy misyjnej, która trwała osiem dni i w tym liście chcę się podzielić moimi wrażeniami.

Wyjechałem w Środę Popielcową rano. W ten dzień odprawiłem dwie msze św., jedną w miejscowości Paucarbamba (dwie godziny drogi od Churcampa), a drugą w San Pedro de Coris (też dwie godziny od Churcampa). Na pierwszej mszy było ok. 50 osób, a na drugiej trochę mniej. Jak na polskie doświadczenia może to przerażać, bo te wioski mają więcej niż 1000 mieszkańców, ale w ostatnich latach na tamtych terenach dużo ludzi przeszło do Kościoła protestanckiego. Trzeba dużo modlitwy, pracy i czasu, to może wrócą do Kościoła katolickiego.
Przez cały ten czas mieszkałem w San Pedro de Coris w pokoiku przy kościele. Warunki dość prymitywne, bez światła i wody, ale przynajmniej dach nie przeciekał, a to ważne, bo teraz prawie codziennie leje. Zabrałem ze sobą 5 ministrantów z Churcampa, aby mi trochę pomagali, zwłaszcza przy śpiewie pieśni, a także, gdyby ktoś nie rozumiał hiszpańskiego, oni biegle mówią w keczua (rodzimy język potomków Inków). Nie wziąłem jednak pod uwagę ich apetytu i o mało nie brakło nam jedzenia, które miałem ze sobą. A mieszkańcy nie kwapili się, aby oferować poczęstunek. Nauczka na przyszłość, aby nie brać tylu pomocników.

W czwartek, piątek i sobotę byłem w miejscowości Cobrisa i Expanción, w których są kopalnie miedzi, zatrudniające ok. 300 górników. W sumie mieszka tam ok. 800 ludzi. Oczywiście, nie wszyscy górnicy pochodzą z terenu mojej parafii, ale kierownictwo kopalni (od roku jest ona własnością amerykańskiego koncernu Dou Run) chce, abym raz w miesiącu tam przyjeżdżał, by spotkać się z górnikami i sprawować dla nich mszę św.
Teraz w Peru trwają jeszcze wakacje, ale gdy się skończą, Expanción zaroi się od dzieci i młodzieży, a na nich mi najbardziej zależy, gdyż w zeszłym roku nie było tam ani I Komunii św., ani bierzmowania.

Czas od niedzieli 12 marca do środy 15 marca spędziłem w San Pedro de Coris. Jest tam tylko kilkanaście rodzin katolickich i nic dziwnego, że na mszy było bardzo mało ludzi. Od piątej po południu, przez godzinę, śpiewałem z dziećmi piosenki. Szkoda, że nie miałem gitary, ale już nie było miejsca, aby ją zabrać. W czasie tego śpiewania jedno z dzieci poprosiło, abym nauczył ich jakiejś piosenki, którą się śpiewa na nabożeństwach. Zacząłem, więc śpiewać Panie zmiłuj się nad nami, a później Baranku Boży. Dopiero wieczorem uświadomiłem sobie, że to dziecko było z rodziny protestanckiej, bo słowo culto oznacza nabożeństwo w kościele protestanckim. Trochę mnie to rozśmieszyło, bo oni nigdy nie śpiewają w czasie nabożeństwa Panie zmiłuj się nad nami i Baranku Boży. Ale z drugiej strony jest to pewna nadzieja, że gdy tam będę częściej, to może będą przychodziły nie tylko dzieci protestanckie, ale i dorośli.
W Expanción i w San Pedro de Coris odprawiałem nabożeństwo Drogi Krzyżowej, podczas której w sposób symboliczny przybijaliśmy nasze grzechy (gwoździe) do krzyża. W trakcie przybijania gwoździ, widać było u uczestników, że bardzo mocno to przeżywają.

W drodze do Expanción odwiedziłem dwie małe wioski Los Angeles i Machahuay (Macialaj). Spotkałem się z dziećmi oraz katolikami z każdej wioski. Dzieci były bardzo zadowolone z nowych piosenek i pytały, kiedy znów się tam pojawię. Te kilka dni wzbogaciło mnie o nowe doświadczenia. W czasie Wielkiego Postu jeszcze raz tam pojadę. Z okazji Roku Jubileuszowego przygotujemy Krzyż Jubileuszowy, aby go postawić na najwyższej górze w okolicy.
Od 26 marca byłem przez cztery dni w Paucarbamba. Jest to stolica drugiej parafii, w której pracujemy. Sama miejscowość ma ok. 1000 mieszkańców. Duża część z nich to protestanci lub „Izraelici” – sekta istniejąca tylko w Peru. (Jednemu starszemu dziadkowi objawił się podobno Pan Bóg i kazał, aby odnowił ofiary Starego Testamentu tak, jak je składali Żydzi). W tej smutnej sytuacji jest jednak zawsze coś humorystycznego. Niektórzy z protestantów przychodzą dyskutować na temat tego, co jest napisane w Biblii, ale gdy się ich zapyta czy umieją czytać, to odpowiadają, że nie. Ale dyskutują ostro.

Przez ok. 20 lat nie było tam księdza na stałe. Pojawiał się tylko z okazji fiesty (odpustu). Nic więc dziwnego, że w kościele było bardzo mało ludzi. Jedyne co mnie radowało to dzieci, których każdego dnia przychodziło coraz więcej. W czasie mojego pobytu w tym miejscu, każdego dnia sprawowałem mszę świętą. W kazaniach mówiłem o wierze, do czego nas ona zobowiązuje. W drugim dniu mojego pobytu w tej wiosce odnawialiśmy przyrzeczenia chrzcielne. W trzecim chciałem udzielić sakramentu namaszczenia wszystkim chorym i ludziom w podeszłym wieku, ale nikt się nie spowiadał, więc nikomu nie mogłem go udzielić. Dopiero w ostatnim dniu jedna osoba poprosiła o spowiedź. Nie załamuję się jednak, bo jeżeli częściej uda mi się ich odwiedzać, to może i ich wiara w Chrystusa obecnego i działającego w sakramentach ożyje.

W przedostatnim dniu po południu odprawiliśmy nabożeństwo Drogi Krzyżowej, dźwigając krzyż, który później umieściliśmy na zboczu góry w miejscu dobrze widocznym z Paucarbamby. Na drugi dzień już krzyża nie było. Prawdopodobnie protestanci w nocy wykopali go i zniszczyli. Nie jest to oskarżenie bezpodstawne, bo już nie pierwszy raz zniszczyli krzyże w tej okolicy, a w sąsiedniej wiosce tak się rozpanoszyli, że sołtys, który jest protestantem, postanowił zdjąć dachówki z dachu kościoła i sprzedać.
Każdego dnia rano odwiedzałem okoliczne wioski (Acliahuasi, Acos i Sallccabamba) zapraszając ich mieszkańców do Paucarbamby. Wszędzie widać, że przez długi czas nie było tam księdza.
Co do pogody, to deszcze chyba już się kończą i drogi będą może trochę bezpieczniejsze. Kiedy bowiem pada, często ziemia obsuwa się na drogi i są one nieprzejezdne. A gdyby takie obsunięcie spadło na samochód, to oczywiście śmierć na miejscu, a w najlepszym wypadku trochę ran i samochód do naprawy.

W Paucarbambie pierwszy raz w życiu widziałem żywą tarantulę na wolności. Chciałem ją zabić tak, aby mieć pamiątkę, ale katechista, który był ze mną, zatłukł ją kamieniem i nic z niej nie zostało. Trochę szkoda, bo miała ok. 6 cm długości. Prosiłem jednak ministrantów z Churcampa, aby mi przynieśli tarantulę. Podobno na polach w Churcampie żyją jeszcze większe.
Triduum Paschalne spędziłem w Paucarbambie, Chinchiuasi (Czincziłasi) i Pio Pachamarca (Pacziamarka). W czasie mojej nieobecności Alkalde (nasz wójt) pomalował nowe wieże i fronton kościoła tak, że teraz prezentuje się bardzo ładnie. Trzeba jeszcze tylko zasadzić kwiaty i może jakieś drzewka przed kościołem. Muszę też szukać teraz sponsorów na odnowienie dachu, a może i remont plebanii, bo jak na dzień dzisiejszy to jest bez światła i wody. Nie ma też podłogi w żadnym pokoju.

Po tych kilku dniach przeżytych na wioskach jeszcze bardziej zobaczyłem i uświadomiłem sobie potrzebę obecności księdza na co dzień. Od 5 maja mam zamiar znowu iść do wiosek na dziesięć dni. Wezmę ze sobą cztery osoby z Legionu Maryi. One znają język keczua i są bardzo zapalone do apostolstwa. Przypuszczam, że będą wielką pomocą dla mnie w tej wyprawie.
Na koniec proszę o modlitwę w mojej intencji i całej parafii Churcampa i Paucarbamba.

ks. Wojciech Wątroba – Peru
Głoście Ewangelię 3(2000),
s. 18 - 22