Strona główna
Artykuły
Biuletyn "Głoście Ewangelię"
Dom Formacji Misyjnej
Historia
Informacja
Kronika misyjna
Misjonarze diecezjalni
Misjonarze zakonni i świeccy
Misjonarze męczennicy
Księża tarnowscy na Wschodzie
Animacja i formacja misyjna
Szpital w Bagandou
Kleryckie Ognisko Misyjne
Kolędnicy misyjni
Wspomnienie o ks. Janie Czubie
Ofiarność i pomoc dla misji
Mungo Maboko

Ks. Mariusz Maziarka

Ksiądz Mariusz Maziarka osiem lat pracował w Peru. Po powrocie z pracy misyjnej snuje refleksje nad minionym czasem pożegnaniem z tamtym kontynentem i przyszłością, dziękując współpracownikom i pomocnikom swojej misyjnej posługi.

Przeczyca, 30 lipca 2008 r.

Serdecznie witam wszystkich. Tym razem jednak nie z Peru, ale już z Polski.

Pamiętam, wiele lat temu oglądałem film „Pożegnanie z Afryką”. Czymś, co mnie urzekło, poza pięknymi afrykańskimi pejzażami, była nostalgia głównej bohaterki za pożegnanym kontynentem, za tamtym – zupełnie innym – życiem, za tamtą ziemią. I dziś, kiedy po ponad ośmiu latach pracy w Peru przyszło „pożegnać mi” peruwiańską ziemię, chyba bardziej rozumiem, co znaczy zostawić swoje serce i część swojego życia na innym kontynencie, a zwłaszcza na misyjnych szlakach. I nie ważne, czy będzie to pożegnanie z Afryką, pożegnanie z Ameryką czy pożegnanie z Azją. Tylu misjonarzy już to swoje „pożegnanie” przeszło, tylu jeszcze przejdzie, niektórzy – jak ksiądz Jan Czuba, Ojciec Zbyszek Strzałkowski czy kleryk Robert Gucwa – zostali na miejscu do końca. I jest wielkim darem i radością czuć się częścią tej wielkiej misjonarskiej rodziny i mieć to swoje misjonarskie serce.

Pożegnanie to również czas podsumowań lat pracy, wspomnień, zastanawiania się nad sensem tych przeżytych na misjach lat. Kiedy myślę o początkach sprzed ośmiu lat, to wspominam tamte trudne chwile, nieufnych andyjskich górali, dzieci z pierwszych tygodni z kamieniami w ręku, bo co też może robić ten „gringo” w naszej wiosce. Ogrom wielu innych trudności, związanych choćby z katechezą, z niewłaściwym przeżywaniem tzw. „fiest”, „Święty Tydzień” (czyli nasz Wielki Tydzień) jakby był szczytem karnawału. Niejednokrotnie zdarzały mi się rozmowy z parafianami, którzy przed trzydziestu, czterdziestu laty wyemigrowali z Peru i po kilkudziesięciu latach, odwiedzając swoje rodzinne strony, czuli radość ze stąpania znowu po andyjskiej ziemi, ale też i smutek z powodu degeneracji zwyczajów ojców. Co udało się zrobić wspólnie nam misjonarzom pracującym w Marco (czyt. Marco) przez te osiem lat? Myślę, że wiele. Owszem, pozostało tyle jeszcze do zrobienia, o wiele, wiele więcej, niż to co zrobione, ale ziarno w glebie gdzieś tam jest. Wszystkich trudności nie udało się pokonać i pewno się nie uda. Ale udało się zaprowadzić katechezę, oczywiście na miarę tamtejszych możliwości. Msza św. jest już „liturgicznym” przeżyciem, a nie oczekiwaniem na kolejną przykrą sytuację, która może się wydarzyć. Młodzieży, której przybywa na rekolekcjach i zaangażowanych w życie parafialne, ale też i grupy dorosłych, scholi, którą młodzi żartobliwie obdarzyli imieniem „Lepiej późno niż wcale”, warto było poświęcić czas i wysiłek choćby po to, by słyszeć opinię, że posłać swoje dzieci czy młodzież do parafii, to dać im możliwość, aby tam nauczyli się być ludźmi z charakterem. Warto było przeżyć te osiem lat w Andach, widząc zaufanie i szacunek z natury nieufnych górali i doświadczając wielu oznak serdeczności w ostatnich dniach pobytu w Marco. Tam została moja druga rodzina, bardzo duża parafialna rodzina. Za to Bogu niech będą dzięki. I dzięki jego Matce, którą kochają i Polacy i mieszkańcy Marco, Tragadero, Janjaillo, Pomacancha, Cachi Cachi. Dzięki Marii Magdalenie, patronce parafii w Marco, z którą przeżywaliśmy chwile smutku i trudności, jak ona pod krzyżem i chwile radości, jak ta przy pustym grobie ze Zmartwychwstałym. Za to niech będą dzięki moim kolegom, przyjaciołom misjonarzom. Żeby czuć taką wspólnotę, chyba trzeba jechać na misje. Dzięki wielu przyjaciołom misji – kapłanom i świeckim, którzy mają to ogromne serce dla misji. Przez to mają go i odrobinę tam – na misjach. Dziękuję wszystkim i chcę wam powiedzieć, że... dla Jezusa warto jechać na misje.

Que Dios les bendiga (Niech was Bóg błogosławi)

ks. Mariusz Maziarka
Głoście Ewangelię 4(2008), s. 19-21.