Strona główna
Artykuły
Biuletyn "Głoście Ewangelię"
Dom Formacji Misyjnej
Historia
Informacja
Kronika misyjna
Misjonarze diecezjalni
Misjonarze zakonni i świeccy
Misjonarze męczennicy
Księża tarnowscy na Wschodzie
Animacja i formacja misyjna
Szpital w Bagandou
Kleryckie Ognisko Misyjne
Kolędnicy misyjni
Wspomnienie o ks. Janie Czubie
Ofiarność i pomoc dla misji
Mungo Maboko

ks. Mariusz Berko

Ksiądz Mariusz Berko, pracujący w Brazylii od 2000 roku opowiada o przemianie, jaka się dokonała wśród jego parafian zamieszkujących fawele. Zalęknięci, teraz poczuli wspólnotę i solidarność, która pomogła im przemóc w sobie strach i otworzyć drogę do lepszej przyszłości. Opowiadając o tym, przypomina nam wszystkim, że strach to dzieło diabła.

Saramandaia, 3 maja 2004 r.
Strach to dzieło diabła!? 
 
Moi kochani!
 
Zawsze zaczynam moje listy w taki sam sposób - przepraszając za długie milczenie. Cztery miesiące temu pisałem całą noc jeden z listów i tuż nad ranem coś się stało w moim komputerze. Wszystko wysiadło. Długo nie mogłem naprawić systemu. Tamten list był smutny... Szedłem z procesją kilkunastu kobiet po mojej Saramandai. Nieśliśmy świeczki, które co chwilę nam gasił wiatr. Schodziliśmy ze wzgórza śmierci, gdzie zastrzelono w ubiegłym roku 24 osoby. Wzgórze obetonowane, prawie z każdej strony, pionową ścianą. Ponad nią zbite domy-baraki, jak połączone klocki z domina, bez śladu trawy i ulicy. Wąskie przejścia (50 centymetrowe) miedzy barakami zabrały ostatnie ślady światła. Szliśmy śpiewając i odmawiając różaniec. Przez ciemne otwory domów-baraków wyglądały oczy ludzi ciekawych, ale też bojaźliwych. Przy jednym z baraków usłyszałem ciche „padre”i zobaczyłem radosny uśmiech jednego z dzieciaków z naszej szkółki przyparafialnej. Miesiąc temu dwóch sąsiadów zabiło jego ojca. Ludzie mi powiedzieli, że nie wytrzymali krzyków dzieci, codziennie bitych bez litości przez ojca... Bił je za to, że są dziećmi... innego mężczyzny. Teraz mają trochę spokoju, ale przecież widziały krwawiące ciało swego ojca... Przy następnym baraku młoda murzynka z dzieckiem na ręku, uklękła przy mnie z pytaniem: „Mogę dotknąć księdza, bo mam chorobę, której nikt nie potrafi wyleczyć”. „Nie jestem Jezusem, proszę pani...” – odpowiedziałem, ale położyłem dłonie na głowie kobiety i pomodliłem się. Dwóch mężczyzn, trochę podpitych, siedzących na progu swego baraku, wstało na mój widok i stało ze spuszczonymi głowami. „Dobry wieczór” – powiedziałem, ale oni nie podnieśli oczu. Czego się tak wstydzili? Widziałem ich idących w pewnej odległości za nami, wyraźnie modlących się, ale głowy nie podnieśli. Jedna ze starszych kobiet złapała mnie za rękę, prosząc, bym wszedł do jej baraku, aby pobłogosławić jej dom. Na ziemi, po polsku klepisku, siedziały trzy kobiety. Wszystkie w widocznym stanie błogosławionym. Jedna miała około 40 lat, lecz dwie może 14 i 16 lat. „To wszystko gwałt, proszę księdza, a lepiej by je zabili” – dodała staruszka tuż przy kobietach. Popatrzyłem na nie. To dzieci... Dużo było takich spotkań. Smutnych spotkań. Tylko maluchy na ulicy były radosne, skaczące i śmiejące się. A przecież wiedziałem, że każde z nich ma na sobie cień śmierci...
 
Wtedy właśnie wieczorem, siedząc naprzeciw obrazu miłosierdzia Bożego, zapytałem: „Czy jeszcze coś mogę zrobić? Mam przecież 140 dzieciaków na mojej głowie, katechezę, staruszków, tyle mszy świętych codziennie, grup i spotkań. Już nikt nie chce za bardzo mi pomóc, przynajmniej tu w Salwadorze. Tylu jest proszących, że wszyscy, którzy mieli dobrą wolę, uciekają ode mnie. Ja też, jak moi parafianie, jestem tu nikim w oczach ludzkich. Co mogę zrobić?”.Wtedy właśnie wpadłem na pomysł – SOLIDARNOŚĆ. Zawsze prosiłem o pomoc Polaków, Włochów, bogatych Brazylijczyków... Dlaczego Saramandaia, biedna favela, ale żywa, nie może się zjednoczyć w pomocy...?
 
Zamknięci jak w getcie, odseparowani od świata, skazani na śmieć od kuli lub od głodu, chorób, moi parafianie nie wierzyli już nikomu, nie wierzyli, że coś może się zmienić. Wielu nawet, jeśli skończyło jakąś szkołę, nie znalazło żadnej pracy, bo wszyscy odsyłali ich, myśląc, że to bandyci. Niewielu ludzi z miasta miało odwagę wejść do faveli. Wiele razy przed wjazdem do Saramandaia, zatrzymywali mnie, ostrzegając, że tam mieszkają tylko bandyci i jest bardzo niebezpiecznie... Pewnej nocy, patrząc na wieżowce bogatej dzielnicy, za murem nas oddzielającym, wykrzyczałem: „Zburzę ten mur”. Pewnie to Pan nasz, przemówił przeze mnie, bo w snach nie marzyłem, że stanie się to cudem już po czterech miesiącach.
 
Zacząłem organizować ludzi jako wolontariuszy. Parafia miała stary barak, opuszczony przez lata i tam postanowiliśmy zrobić centrum – „Dom nadziei”. Właściwie stał się zwiastunem Wielkiej Nadziei w Saramandaia. Bez żadnych środków finansowych, poza moimi, które przywiozłem lub dostałem z Polski (datki indywidualne niektórych wiernych), zaczęliśmy zmieniać Saramandaię – favelę uznaną za najbardziej przestępczą i zakazaną. Brazylijczycy uznawani za nieczułych, zamkniętych w swoich wieżowcach i domach, egoistyczni, bez zasad moralnych odkryli coś, co zmienia świat i serca – solidarność.
 
Niespodziewanie przyjechał Prymas Brazylii, Dom Geral Do Mangela, prezydent miasta Salwador Antonio Imbassay, parlamentarzyści i przez tydzień w większości kanałów telewizyjnych oglądałem swoją wystraszoną twarz, słuchając jakiegoś języka, bo portugalski już zapomniałem z przejęcia. Ludzie przynosili gazety z moją podobizną i tytułami: „Saramandaia daje przykład solidarności”. Ludzie płakali, chyba po raz pierwszy ze szczęścia... Jedna staruszka powiedziała mi, że może już umrzeć w spokoju, bo uwierzyła w Boga, dzięki ludziom (może to była prorokini Anna?). A ja dalej chodzę wystraszony, bo to dopiero początek. Jak tu będzie spaść, by się nie zatracić?
 
Wiem, że nie napisałem, jak się nam udało to wszystko (za sprawą Bożą, jasne). Dzieło Boże też ma swoją historię, dlatego opiszę to w następnym liście. Ale dla Was, moi Rodacy, mam jeszcze jedno spotkanie.
 
Przyszły kiedyś do mnie dwie kobiety z bloków „bogatych”, które stoją 200 m poza Saramandają. Jasne, że oddzielone murami i strażnikami. Przyszły pobawić nasze dzieciaki, jako wolontariuszki. Przyszły zapłakane, otoczone tulącymi się dziećmi, które cały czas się śmiały. Powiedziały mi wtedy: „Księże, całe życie patrzyłyśmy tu w dół, na favele, jako miejsce, gdzie żyją niebezpieczne „zwierzęta”, które chcą nas okraść i zabić. Dziś zrozumiałyśmy, że to był diabeł, który nas oddzielał, separował. Oni też chcą być kochani i chcą kochać. Wszyscy, którzy nas straszą, że „oni” są inni, że „oni” chcą nas okraść, wykorzystać, wszyscy, którzy stawiają mury rozdzielają nas, ludzi, wszyscy, którzy tworzą granice, by się ochronić etc. – to diabeł, który niszczy ludzkość”. „Strach przed innymi to dzieło diabła i wszyscy, którzy straszą innymi, to złe duchy. Tylko solidarność, wspólnota, może zmienić nasz świat”. One mówiły o Brazylijczykach, a ja myślałem o moich „biednych” Polakach, którzy coraz bardziej się boją... Może za długo żyliśmy w getcie? Może egoizm, zatracił już wiarę w solidarność? Może już za dużo mamy do stracenia? Strach to dzieło diabła. „Nie bójcie się. Ja Jestem” – mówi Chrystus. Otwórzcie swoje drzwi. Otwórzcie swoje dłonie, solidarnie pomagajcie słabszym, podnoście upadłych, przyjmijcie biednych i bogatych. Niech i w mojej ojczyźnie jeszcze raz zakwitnie solidarność ludzkich serc, która niesie nadzieję. Ten cud Pan może uczynić tylko przez nasze serca.

ks. Mariusz Berko
Brazylia
Głoście Ewangelię 3(2004), s. 23 – 26.