Strona główna
Artykuły
Biuletyn "Głoście Ewangelię"
Dom Formacji Misyjnej
Historia
Informacja
Kronika misyjna
Misjonarze diecezjalni
Misjonarze zakonni i świeccy
Misjonarze męczennicy
Księża tarnowscy na Wschodzie
Animacja i formacja misyjna
Szpital w Bagandou
Kleryckie Ognisko Misyjne
Kolędnicy misyjni
Wspomnienie o ks. Janie Czubie
Ofiarność i pomoc dla misji
Mungo Maboko



Szlakiem Tarnowskich Fideidonistów w Ameryce Południowej (2)

Minęło już ponad 21 lat od chwili, kiedy tarnowscy księża zaczęli regularnie wyjeżdżać do Ameryki Południowej, by tam w obliczu wielkich ewangelizacyjnych potrzeb mówić o Chrystusie. Od dawna planowałem ich odwiedzić. Z radością więc udałem się na tamten kontynent.

Peru 

Przedostatnim krajem, który znajdował się na szlaku mej podróży, było Peru. Wraz z Brazylią, są to kraje “przyszłościowe” dla naszej diecezji, ponieważ w obydwu biskupi prosili o kolejnych księży z Tarnowa. Ta potrzeba jest bardzo rzeczywista i miejmy nadzieję, że stanie się ona szansą misyjnego zaangażowania diecezji tarnowskiej.

Pod nami Peru. Tajemniczy kraj dawnych Inków. Samolot boliwijskich linii lotniczych podchodził do lądowania , które jak zwykle w tamtym mikroklimacie, odbywało się w ogromnej mgle.

Na lotnisku w Limie czekali wszyscy nasi Księża, obecnie pracujący w tym mieście. No, niezupełnie wszyscy, bo jednego “wieźliśmy” ze sobą. Dla ks. Jana Piotrowskiego Peru było bowiem nie tyle celem odwiedzin naszych księży, ile miejscem, gdzie miał pozostać, by oddać się pracy ewangelizacyjnej.

Na początku spotkała nas miła niespodzianka. Biskup Norbert Strotmann, który przybył na powitanie ks. Jana, czekał na nas wszystkich przed kontrolą paszportowo-celną i umożliwił “bezbolesne”, szybkie przejście wyjściem dyplomatycznym.

Prosto z lotniska udaliśmy się wszyscy wraz z bp. Norbertem do parafii Miłosierdzia Bożego, gdzie ks. Czesław Haus i ks. Grzegorz Łukasik podjęli nas gościnnie dobrym obiadem. Tutaj też ks. Czesław zaproponował nam stałe miejsce peruwiańskiego pobytu, które jednocześnie odgrywało rolę bazy wypadowej. 

1. Dwa oblicza Limy

Znaleźliśmy się w Limie – stolicy Peru, o której się mówi, że jest miastem o dwóch obliczach. Tu bowiem ścierają się ze sobą bogactwo i nędza, która w jakiś sposób wyznacza granice między potomkami Inków i Kreolami czy między wieśniakami a urodzonym w mieście. Zamieszkiwane przez 20% mieszkańców Limy kwatery z rezydencjami i przez pozostałe 80%, kwatery ze zwykłymi domami lub pomieszczeniami domo-podobnymi – mówią same za siebie. Na wyższym poziomie drabiny społecznej dostrzega się “białych” jako potomków Europejczyków, a na jej dole Indios przybyłych do Limy ze słynnej sierry (góry). Migracje lat 50-tych i 60-tych załamały równowagę między tymi dwiema grupami. Spotkanie między tradycyjnym mieszkańcem And i Kreolem, ulegającym wpływom kultury Stanów Zjednoczonych, nie było łatwe i pozostawiło ślady widoczne do dnia dzisiejszego.

W Limie, którą zamieszkuje ok. sześć i pół miliona mieszkańców, prawie połowa to ludność napływowa, urodzona poza jej granicami na prowincji. Słynne “pueblo joven” (osiedle zamieszkane przez młodych przybyłych z prowincji) rosnące jak grzyby po deszczu na jej wzgórzach, to nie tylko masa naprędce powstałych z blach czy pilśni “domów”, o bardzo rzadkim dostępie do drogi, wody i prądu, chociaż to podstawowe wymogi życia w mieście, ale konkretna rzeczywistość, przed którą staje Kościół. Właśnie ci mieszkańcy to parafianie ks. Jana Piotrowskiego, który jako prawdziwy misjonarz ad gentes otrzymał zadanie ewangelizacji czterdziestotysięcznej grupy ludzi. Jak twierdzili moi rozmówcy, prezydent owym podstawowym brakom mediów w odpowiednim czasie (przed wyborami) “z grubsza” zaradzi. Dla Kościoła, sytuacja ta pozostanie problemem bardzo trudnym do zaradzenia nawet “z grubsza”.

W stolicy Peru aż ponad 32% populacji to dzieci poniżej 15 lat. Nie ma się co dziwić, że powiększa się zjawisko “dzieci ulicy” i przestępczość młodocianych. Widać też prawo siły i terroryzm, które choć opanowywane przez władze, dają o sobie znać, choćby w postaci częstych patroli na chodnikach i ulicach Limy. 

2. Miejsce szczególne

Zaraz na drugi dzień po znalezieniu się w stolicy Peru udaliśmy się w długą podróż do miejsca szczególnie mi drogiego, zresztą zapewne każdemu z nas. Jest to miejsce-świadectwo, naznaczone męczeńską krwią dwóch polskich franciszkanów, z których jeden jest synem diecezji tarnowskiej. Wiadomo, że chodzi o Pariacoto i o. Zbigniewa Strzałkowskiego pochodzącego z Zawady k. Tarnowa. Naszej podróży-pielgrzymce towarzyszył ks. Grzegorz Łukasik z Limy, a wiózł nas Toyotą należącą do parafii w Huancayo, pewnie zaakomodowany do peruwiańskiego ruchu drogowego – ks. Wiesław Tworzydło. Odległość 460 kilometrów, jaka dzieli owe święte dla nas miejsce od Limy, można przeliczyć na czas oczekiwania na coś, o czym, niestety, nie może marzyć przeciętny syn tarnowskiej diecezji. Modlić się przy grobie o. Zbigniewa i o. Michała, przejść drogą, która była ich ostatnią drogą za życia, zatrzymać się w zadumie na miejscu zbrodni, to łaska, za którą dziękuję Bogu. Klęcząc w kościele w Pariacoto, przy grobie o. Zbigniewa polecałem Bogu wiele intencji. Nie mogłem oczywiście zapomnieć tej “papieskiej” ze Starego Sącza z dnia 16 czerwca 1999 roku: “aby ten posiew krwi wydał obfite owoce”.

W Pariacoto wszystko mówi o wielkiej sprawie i wszystko robi wrażenie. Cisza, przy akompaniamencie której przemieszczaliśmy się po ulicy bezpośrednio prowadzącej nas do kościoła, była jedyna w swoim rodzaju. Utkwiony w nasz samochód i towarzyszący przez chwilę wzrok niektórych mieszkańców – również. Dojeżdżamy do kościoła. Nad wejściem do niego napis, który już chyba na zawsze tam pozostanie: “Derramaron la sangre por su amor, por eso se alegran con Cristo para siempre” (Przelali krew za Jego miłość, dlatego cieszą się na zawsze z Chrystusem). Wieczorem celebrowaliśmy mszę św. z garstką ludzi. Dziwnym zbiegiem okoliczności liturgia Kościoła na ten dzień (14 października) wyznaczyła Ewangelię, która w jasny sposób nawołuje do walki z grzechem, aż do przelania krwi: “Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, a potem nic więcej uczynić nie mogą”.

W tym niecodziennym miejscu byliśmy gościnnie przyjmowani przez o. Stanisława Olbrychta, obecnego proboszcza, który pochodzi spod Krosna. Człowiek nieprzeciętny, na miarę swoich poprzedników. Już kilka dni po śmierci ojców zamieszkał na plebanii, później dojeżdżał co jakiś czas na kilka dni, a od kilku lat przebywa tam na stałe, często sam lub z konfratrem (Niemcem). Nazajutrz rano poprowadził nas na miejsce zbrodni do Pueblo Viejo. Tuż obok stoi kapliczka. Następnie udaliśmy się na cmentarz, gdzie znajduje się symboliczny grób męczenników. Zawiera on ziemię zmieszaną z krwią, którą po odejściu terrorystów zebrano, a potem tam przeniesiono.

Wyjeżdżałem z Pariacoto jak po wielkiej lekcji, podczas której odwaga mieszała się ze świętością, a zapał ewangelizacyjny męczenników z obojętnością tych, do których jeszcze nie dotarło, że za “tę sprawę” oddaje się życie. 

3. Lima na wzgórzach

 Pierwszą niedzielę w Peru przeżyliśmy w diecezji Chosica. O godzinie 900 w nowo wybudowanej katedrze koncelebrowaliśmy mszę św. z miejscowym biskupem Norbertem Strotmannem. Byliśmy również przez niego podjęci obiadem. Cały dzień poświęciliśmy na zwiedzanie diecezji i na przyglądnięcie się miejscu przyszłej pracy ks. Jana Piotrowskiego, którym jest parafia Santa Maria de Huachipa zamieszkiwana przez ok. 60 tys. mieszkańców. Do obsługi pastoralnej ks. Jan ma 7 kaplic (Miłosierdzia Bożego, Ducha Świętego, dwóch kaplic Świętego Krzyża, Matki Bożej z Guadalupe, Królowej Pokoju i św. Marii Magdaleny). Parafia, oddalona od centrum Limy ok. 20 km, jest zróżnicowana socjologicznie i ekonomicznie. W pracy duszpasterskiej, którą utrudnia obecność sekt, pomagają dwie wspólnoty sióstr. Wspomniane wyżej “pueblo joven” stanowi przeważającą część mieszkańców parafii ks. Jana. Jest on pierwszym proboszczem na tamtym terenie. Chociaż parafia powstała w 1991 roku, to dotąd nie miała duszpasterza. Nic więc dziwnego, że bp Norbert poprosił bp. Wiktora o kolejnych dwóch księży. Prośba spotkała się z pozytywną odpowiedzią.

W diecezji, która powstała w 1996 roku, są 23 parafie, które obsługuje 71 księży (23 Peruwiańczyków i 48 kapłanów z różnych stron świata). Oznacza to, że średnio na każdego przypada ponad 18 tysięcy mieszkańców. Ludność jest bardzo biedna, a wielu ludzi żyje w całkowitej nędzy. Około 30% jest chronicznie niedożywionych. Ponad 30% całej populacji to dzieci w wieku do 15 lat.

Po tej niedzieli pozostałem praktycznie sam z trójki, którą tworzyliśmy na początku podróży. Ks. Antoni 18 października odleciał do kraju, by wziąć udział w III Krajowym Kongresie Misyjnym, a ks. Jan akomodował się powoli do pracy w przydzielonej mu parafii na przedmieściach Wschodniej Limy. Podjął jednak ze mną za kilka dni podróż w wysokie Andy. 

4. Dwie najstarsze “tarnowskie” parafie

Tak więc kilka dni spędziłem w Limie, gdzie w dwóch parafiach pracuje czterech naszych księży. Ksiądz Czesław Haus, który przybył do Peru 23 października 1993 roku, jest od czerwca 1994 roku proboszczem ogromnej parafii, liczącej ok. 60 tys. mieszkańców. I choć katolicy stanowią 80% ludności zamieszkującej parafię, to tylko 10 % uczęszcza w niedzielę do kościoła.

Parafia Miłosierdzia Bożego, bo o niej mowa, obfituje w różnego rodzaju grupy. Jest ich aż 22. Najliczniejszą stanowi Legion Maryi, który – jak mówi ks. Proboszcz – liczy aż 1200 aktywnych i honorowych członków. Zauważyć trzeba 320 osobową grupę dzieci, które przystąpiły do I Komunii św. Objęte są one katechezą pokomunijną. Następnie Bractwo Miłosierdzia Bożego (186 osób), Semillitas de la fe (170 dzieci), Núcleo Santa Divina Misericordia (160-osobowa grupa modlitewna), 120-osobowa grupa dorosłych odwiedzających domy. Jest również modlitewna grupa młodzieżowa (czciciele Serca Pana Jezusa i Matki Bożej), 48 osobowa grupa kandydatów na katechistów, chór parafialny (42 osoby) i wiele innych.

W parafii ks. Czesława Hausa bardzo łatwo można dostrzec wysoki poziom liturgii. Frekwencją ponad 150 wiernych obecnych na mszy św. w dzień powszedni, może się w naszej diecezji poszczycić rzadko która parafia. Nie ma mszy św. bez solidnie przygotowanego komentarza na wstępie i do czytań biblijnych. Słowo Boże czytane starannie przez dorosłych, właściwe zachowanie przy ołtarzu lektorów i ministrantów sprawia, że liturgia jest okazją do przeżycia piękna i prawdziwej tajemnicy.

Duszpasterstwo ciągle rozwija się, a więc i kolejki do spowiedzi też nie maleją. Od lata 1999 roku pomaga w tym ks. Grzegorz, który jako wikariusz dzieli radości i trudy ewangelizacji z ks. Czesławem.

Parafia posiada obecnie jedną kaplicę dojazdową pod wezwaniem Cudownego Medalika, gdzie w niedziele celebrowane są dwie msze św.

W ostatnim roku w parafii udzielonych zostało prawie 80 tys. komunii św., 680 chrztów i pobłogosławione 40 par małżeńskich. Księdza Czesława cieszy, że w parafii jest więcej młodzieży niż starszych, że ludzie mają wielkie zaufanie do księdza, że ustawiają się w kolejkach nie tylko do konfesjonału, ale aby porozmawiać o ważnych życiowych sprawach. Widoczne jest duże zaangażowanie świeckich. W ciągu roku został postawiony dom parafialny z plebanią oraz podciągnięta do połowy budowa kościoła. Są jednak i powody do smutku. Często ludzie żyją w zazdrości i nienawiści. Zauważalna jest ich powierzchowna wiara, która sprawia, że frekwencja w kościele rośnie w obliczu lęku spowodowanego trzęsieniem ziemi. Powodem smutku jest obecność sekt i wielu ludzi biednych.

Odpowiadając na potrzeby, ksiądz Czesław zorganizował w parafii darmową pomoc medyczną. W nowym budynku parafialnym przyjmują lekarze i dentysta, którzy ofiarują swój czas i usługę, a firmy finansują lekarstwa. W grudniu 1999 roku parafia zorganizowała świąteczną pomoc dla 800 ubogich dzieci.

 Z parafii pochodzi dwóch księży, 3 kleryków i ok. 15 sióstr, w tym dwie ze zgromadzenia Misjonarek Miłości. Na kolanach jednej z nich – jak mówi Ksiądz Proboszcz – umarła Matka Teresa z Kalkuty.

Ksiądz Czesław pierwsze trzy miesiące pobytu w Peru spędził na nauce języka hiszpańskiego. Następnie przez cztery miesiące przebywał w górach w Huando z ks. Ryszardem Zielińskim i ks. Edwardem Walem. W dniu 1 czerwca 1994 roku przeniósł się do Limy, aby utworzyć nową parafię. Od tego dnia do sierpnia 1995 roku odprawiał msze św. w pięciu parkach, restauracji i podziemiu jednej ze szkół. Wybudowawszy kaplicę Cudownego Medalika, starał się jednocześnie o pozwolenie na budowę nowego kościoła. Kosztowało go to wiele. Burmistrz dzielnicy sprzedał teren uprzednio obiecany ks. Czesławowi. Co więcej, w dniu 30 listopada 1994 roku – jak z całą pewnością zaznacza ks. Czesław – zorganizował na niego napad. Został wtedy poważnie zraniony. Kula z głowy została wyciągnięta przez lekarza, a samochód ukradziono. Dzieło okupione cierpieniem doprowadzone zostało jednak do końca. W dniu 21 października, ówczesny prymas Peru, kard. Augusto Vargas, poświęcił kamień węgielny pod sanktuarium Bożego Miłosierdzia. Kościół znajduje się obecnie w stanie budowy, a msze św. celebrowane są w stojącej obok, pięknej kaplicy, gdzie króluje polski obraz Jezusa Miłosiernego. Konsekracja nowej świątyni przewidziana jest na 24 grudnia 2000 roku.

Drugą placówką prowadzoną przez tarnowskich księży w Limie jest parafia p.w. Nuestra Señora de Evangelisation. Na dziesięć tys. mieszkańców prawie 8 tys. to katolicy, choć znowu, tylko 1,5 tysiąca uczestniczy w niedzielnej Eucharystii. Proboszczem parafii jest ks. Czesław Faron, przebywający w Limie od lipca 1994 roku, któremu w pracy duszpasterskiej od stycznia 1999 roku pomaga ks. Henryk Chlipała. Do niedawna, bo do końca roku 1998, parafia była jednostką większą. Tuż przed przybyciem ks. Henryka, ks. Czesław oddał kościół Matki Bożej z Nazaretu i duszpasterstwo w dzielnicy Los Sauces do dyspozycji Biskupa Limy, który z kolei utworzył z niej parafię, przekazując ją w ręce księdza Pedro – Peruwiańczyka.

Życie w parafii ks. Czesława i Henryka w dzielnicy Limy La Calera również ubogacane jest przez zaangażowanie grup. Jest grupa liturgiczna (30 osób), 3 grupy Legionu Maryi (50), grupa modlitewna (30), charyzmatyczna (25), są ministranci, jest schola. Funkcjonuje też “duszpasterstwo zdrowia”. Organizowana jest pomoc chorym we współpracy z firmą, która udostępnia niektóre leki. Z parafii pochodzi jeden ksiądz, a do kapłaństwa przygotowuje się 4 kleryków.

Codzienny udział we mszy św. 50-60 osób, częste przystępowanie wiernych do sakramentu pokuty, kult Matki Bożej Częstochowskiej (są wota za otrzymane łaski) – to radości Księdza Proboszcza. To co smutne, to obecne i działające sekty, bezrobocie wśród parafian i przestępczość. W tym miejscu wypada przypomnieć, że na obecnej ulicy Warszawskiej 449, na terenie dawnej parafii (tej oddanej), w dzielnicy Los Sauces, wspomnianej wyżej, w dniu 12 września 1992 roku schwytano szefa terrorystycznego ugrupowania “Świetlisty Szlak” – Abimaela Guzmána, w jego domu. Za ks. Piotrem Sorotą, ówczesnym proboszczem Los Sauces, możemy łatwo zauważyć: szef terrorystów, którzy zamordowali Polaków-franciszkanów, został schwytany na terenie parafii, której proboszczem był Polak. Co więcej, Polak pochodzący z tej samej diecezji co o. Zbigniew Strzałkowski.

Osobliwością parafii na La Calera jest duszpasterstwo polonijne. W święta religijne i patriotyczne spotyka się tam ok. stuosobowa grupa Polaków.

Do maja 1997 roku proboszczem parafii był wspomniany ks. Piotr, który przybył do Peru z ks. Edwardem Walem w sierpniu 1991 roku, niedługo po zamordowaniu ojców Zbigniewa i Michała. Mieszkając na Los Sauces, wraz z ks. Czesławem prawie przez trzy lata prowadził duszpasterstwo w dwóch wspomnianych wyżej kościołach.

Pod koniec mojego pobytu w Limie, udałem się z jednym i drugim księdzem Czesławem do Lorín, około 20 km od Limy, gdzie Amerykanin polskiego pochodzenia, ks. Józef Waliewski, od 1985 roku prowadzi dom, w którym mieszka 115 dzieci w wieku od 3 do 18 lat. Aż 60% to sieroty, a 40% to dzieci ulicy. Wszyscy mieszkańcy domu podzieleni są na dziewięć “rodzin” i w nich wychowują się i dorastają. Historia powstania domu związana jest z Janem Pawłem II, który spotkawszy się na swym pielgrzymim szlaku z ks. Józefem, zasugerował mu to dzieło. Rozmowa z ks. Józefem pokazała, jak bardzo oddany jest tym dzieciom i że dostrzega w nich samego Chrystusa. W kaplicy domowej znajduje się ciekawy krzyż, na którym zamiast Jezusa rozpięty jest chłopiec, a widoczny obok napis mówi sam za siebie: “Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci Moich najmniejszych, Mnieście uczynili”.

Definitywnie opuściłem Limę 29 października. W przeddzień, jak co roku, odbywała się procesja, która ma opinię największej na świecie. Zbiera się na niej nawet od 1,5 do 2 mln wiernych. Jest to święto Señor de los Milagros. W procesji niesiony jest najbardziej czczony w Peru obraz, którego kult trwa od XVII wieku. Według legendy z 1650 roku, obraz ten (Pan Jezus na krzyżu), został namalowany przez Afrykańczyka przywiezionego z Angoli. Podczas trwającej siedem godzin procesji słychać bicie braw, następuje regularna zmiana bractw niosących feretron, kwiatów otaczających obraz, a cały marsz odbywa się dokładnie w takt akompaniującej orkiestry. Ciekawe, że nikt nic nie śpiewa. 

5. Trójka z Huancayo

W środę 20 października opuściliśmy Limę, by przez tydzień przebywać u księży pracujących w górach na wysokości 3200 m. n.p.m. Pierwszą placówką, którą odwiedziliśmy, było leżące 320 km na wschód od Limy – Hancayo. Tutaj pracuje trzech naszych księży: ks. Wiesław Mikulski, ks. Mirosław Maciasz i ks. Wiesław Tworzydło, który od stycznia 2000 roku zamierzał przenieść się do parafii Marco, by tam rozpocząć pracę razem z nowymi misjonarzami: ks. Mariuszem Maziarką i ks. Bogdanem Trzópkiem, którzy do Peru mają dotrzeć pod koniec tego samego miesiąca. On też prowadził Toyotę, której wraz z ks. Janem Piotrowskim byliśmy pasażerami. Nasza podróż była pokonywaniem serpentyn, tworzących jakby dno krętego korytarza z prostopadłymi, kilkudziesięciometrowymi ścianami skalnymi. Ksiądz Wiesław ze znawstwem komentował piękne krajobrazy, które bez przerwy towarzyszyły naszej podróży. Zobaczyliśmy między innymi najdłuższą rzekę płynącą przez Andy – Mantaro. Huancayo położone jest właśnie w największej dolinie And peruwiańskich, którą przecina ta rzeka. Wielką atrakcją był przejazd przez Ticlio – najwyższy przejezdny koleją punkt na świecie (4818 m.). Jak wiemy, konstruktorem tej linii kolejowej był Polak – Ernest Malinowski. W dniu 3 marca 1999 minęła setna rocznica jego śmierci. Z tej racji, 9 lipca 1999 roku, przy torach kolejowych Polacy postawili pomnik, który został odsłonięty w obecności delegacji z Polski. Mieliśmy szczęście, że przejazd przez Ticlio udał się bezproblemowo. Za dwa dni spadł śnieg i droga była nieprzejezdna. To bardzo pokrzyżowałoby nasze plany.

Parafia prowadzona przez księży z Tarnowa w 350. tysięcznym Huancayo, stolicy archidiecezji, liczy ok. 60 tys. mieszkańców. Są to właściwie trzy parafie, a przynajmniej kościoły do obsłużenia p.w.: św. Jana Vianneya, Matki Bożej z Guadalupe i Cudownego Medalika. Te dwa ostatnie obsługiwane są przede wszystkim przez księdza Mirka. Z Kościołem związanych jest żywo tylko 5% mieszkańców parafii. Wielu też spośród nich swoje miejsce w Kościele odnajduje przez pośrednictwo grup. Grupa odnowy w Duchu Świętym liczy 100 osób dorosłych i 40 młodzieży. Liczne są 3 grupy Miłosierdzia Bożego. Każda z nich podjęła trud ewangelizacji, odwiedzając domy w ramach Roku Jubileuszowego. Wszyscy, w liczbie 150 osób, modlą się wspólnie w każdy piątek, a na co dzień pomagają w parafii. Ciekawa jest grupa ministrancka, bo w jej 50-osobowy skład wchodzą zarówno chłopcy, jak i dziewczęta. Na szczególną uwagę zasługuje obecność podobnej ilościowo grupy Papieskiego Dzieła Misyjnego Dzieci. Coniedzielne spotkania formacyjne wszczepiają w najmłodszych parafian ducha misyjnego.

W parafii widać ślady pomocy z naszej diecezji. Są nimi trzy dzwony ufundowane przez cztery parafie (Limanowa-Sowliny, Leszczyna, Kanina i Królówka) oraz tabernaculum, które jest darem parafii Matki Bożej Bolesnej z Limanowej.

Księża, cała trójka, cieszą się ze swojej pracy. Dla księdza Wiesława Tworzydły radością jest pomoc ludziom w konfesjonale, zwłaszcza, gdy przychodzą penitenci “po latach”. Jego imiennik cieszy się z tego, że jest potrzebny, a “padre Mirco” dużo satysfakcji przynosi praca z dziećmi.

Około 250 chrztów i 50 błogosławionych małżeństw rocznie, to ogólny obraz życia sakramentalnego parafii. Angażuje się ona również w życie społeczne. Przy współpracy z miejscowymi władzami umożliwia ona codziennie południowy posiłek dla 150 dzieci.

Cała trójka Księży przybyła do Peru w dniu 18 września 1996 roku. Po prawie czterech miesiącach kursu językowego objęli oni w dniu 11 stycznia 1997 roku parafię w Huancayo. Choć językowo początki były dla nich bardzo bolesne, to widać, że praca z ludźmi zlikwidowała ten problem. Widać też, że miejscowy arcybiskup José Rios jest zadowolony z pracy naszych księży. Podczas rozmowy z nim dało się to nie tylko usłyszeć, ale i wyczuć. Dlatego też wracając do kraju, przywiozłem prośbę do ks. bpa Wiktora Skworca o dalszych dwóch księży. Prośba zupełnie naturalna, gdy weźmiemy pod uwagę zadowolenie z pracy naszych księży oraz fakt, że w całej archidiecezji liczącej ok. 800 tys. mieszkańców jest tylko 33 księży.

6. Ewangelizacja wśród gór i przepaści

Po dwudniowym pobycie w Huancayo wyruszyliśmy w drogę do Churcampy. Przyjechali po nas sami miejscowi duszpasterze: ks. Ryszard Zieliński i ks. Wojciech Wątroba. Podziwiałem ich uprzejmość, albowiem droga (dwa razy po 200 km czyli 12 godzin jazdy po wertepach) nie należy do klasy autostrad.

Pierwszy przystanek zrobiliśmy w Pampas po przebyciu 80 km, gdzie gościnnie zostaliśmy podjęci obiadem przez księży z diecezji opolskiej. W czasie podróży osiągaliśmy wysokość 4200 m. n.p.m., by ostatecznie “wylądować” znowu na 3200 m.

Droga do Churcampy była kręta i niebezpieczna. Trzeba roztropności i doświadczenia, by nią bez lęku się przemieszczać. Podobnie jak w Boliwii, nierzadko można spotkać miejsca z krzyżami, poprzez które miejscowa ludność zaznaczyła tragiczną śmierć swoich bliskich. Często w drodze można było dostrzec podobnego do jastrzębia alkóna. Taką drogą, tysiące kilometrów przebywają miesięcznie nasi misjonarze: ks. Ryszard i ks. Wojciech.

Churcampa (2500 mieszkańców) leży 520 km na południowy wschód od Limy (12-13 godzin jazdy samochodem). Parafia, gdzie pracują nasi księża, jest pod wezwaniem św. Antoniego, choć patronką miasteczka jest Matka Boża Wniebowzięta. Sama Churcampa leży na wysokości 3200 m. n.p.m. Najwyższy szczyt w tej okolicy to Torongana (4000 m.). Parafia rozciąga się jednak znacznie dalej i najwyższy punkt objęty duszpasterstwem sięga 4500 m n.p.m. Oczywiście tam nie dojedzie już samochodem, trzeba udać się konno lub na piechotę. Nad miasteczkiem, na wysokości ok. 3500 m góruje Cristo Blanco (Biały Chrystus). Jest to statua Chrystusa z rozwartymi ramionami, którą mieszkańcy Południowej Ameryki chętnie umieszczają na widocznych dla nich wzgórzach.

Księża Ryszard Zieliński i Wojciech Wątroba obsługują właściwie trzy parafie: Churcampa, Anco i Paucarbamba. Innymi słowy, jest to aglomeracja obejmująca 257 wiosek zamieszkanych przez 42 tys. ludzi.

Najbliższa parafia Huanta znajduje się w sąsiedniej diecezji Ayacucho. Choć oddalona stosunkowo niewiele, bo 50 km, to na przebycie tego odcinka trzeba aż 2 godziny. Wspomniane Pampas (druga, najbliżej położona parafia) oddalone jest o 120 km i aby je przejechać, potrzeba 4 godziny. Najbliżsi “Tarnowianie” mieszkają oczywiście w Huancayo (200 km). Na podróż do stolicy diecezji Huancavelica potrzebne jest siedem godzin.

W samej Churcampa duszpasterstwo, podobnie jak w innych parafiach, ma swoje zakotwiczenie w różnego rodzaju grupach. Jest Bractwo Serca Pana Jezusa (25 osób), Bractwo Najświętszego Sakramentu (15), Legion Maryi (20), schola dziecięca (40) i ministranci (50). Z parafii pochodzi dwóch księży, pięć sióstr klarysek, dwie nowicjuszki i jeden kleryk. Jest też siedmiu chłopców w niższym seminarium.

Inicjatywą bardzo potrzebną w perspektywie rozwoju ewangelizacji na terenach obszaru Churcampy jest Centrum Pastoralne, którego budowę ks. Ryszard zaczął w maju 1999 roku. Środki zdobywa, gdzie tylko może. Obok Adveniatu (25 tys. USD), Kirche in Not (2 tys. USD) i FONCODES (instytucja państwowa do budów społecznych, która przyznała 50 tys. soles), swój udział z 10 tys. USD ma diecezja tarnowska. Tutaj kształceni będą przyszli katechiści, których bardzo potrzeba w tamtej okolicy.

Do innych widzialnych efektów kilkuletniej pracy ks. Ryszarda trzeba zaliczyć budowę kościoła, remonty budynków kościelnych i wybudowanie od podstaw dwóch plebanii w Mayocc i Anco.

“Wszystko mnie tu cieszy” – mówi ks. Ryszard, który przebywa w Peru od 24 września 1992 roku. Do 25 stycznia 1993 roku przygotowywał się językowo w Limie, potem do 30 listopada pracował z ks. Edwardem Walem w Huando, następnie do 1 marca 1995 roku pracował sam w Mayocc. Od tego czasu nieprzerwanie pracuje w Churcampa. Przez rok pomagał mu ks. Hector (Peruwiańczyk), a od maja 1996 był sam. Dopiero 26 sierpnia 1999 roku dołączył doń ks. Wojciech Wątroba, któremu dużą satysfakcję daje praca z dziećmi.

Churcampa była naszą bazą wypadową. W Niedzielę Misyjną 24 października odwiedziliśmy na krótko Ccaranacc, a potem celebrowaliśmy mszę św. w San Mateo. Ks. Jan Piotrowski wygłosił kazanie. Ciekawe było tego dnia przeżycie uniwersalizmu Kościoła. W małej, pokolonialnej, ciemnej kaplicy z kilkunastoma dorosłymi i podobną liczbą dzieci, modliliśmy się za wszystkich, którzy w tej chwili jako misjonarze głoszą Ewangelię. W samej Churcampie celebrowaliśmy wieczorem. Jej ubodzy chrześcijanie cały dzień składali swe ofiary, które w ilości 54,40 soles (ok. 16 USD) przeznaczone zostały do dyspozycji Ojca Świętego.

Następnego dnia podczas siedmiu godzin przebyliśmy 200 km. Najpierw udaliśmy się na “fiestę” (uroczystość odpustowa) do Chinchihuasi, a potem zwiedzaliśmy parafię, wstępując do Paucarbamba i Anco. Miejsce odpustowe oddalone było od Churcampy 50 km, na co potrzebowaliśmy dwie godziny. Droga trudna i niebezpieczna. Ks. Ryszard wskazał nam na miejsce, gdzie w marcu 1999 roku runął w przepaść autobus z 40 osobami. Zginęło osiem osób, a sześć zranionych ks. Ryszard odwiózł do szpitala do Huanty. Wracając, poznaliśmy jeszcze tragiczniejsze miejsce: czterdzieści osób w autobusie runęło w dół i zginęło na miejscu. Po drodze odwiedziliśmy wioskę Huanchos, z opuszczonym i niszczejącym, jak wszędzie, kościołem. Te niszczejące kościoły budowane z adobe (cegła wykonana z błota zmieszanego ze słomą, wysuszonego na słońcu) ukazują smutny obraz. Choć czasem przepiękne w architekturze, ich stan zniszczenia spowodowany przez warunki atmosferyczne i brak zainteresowania się nimi przez miejscowe wspólnoty, nie napawa optymizmem. Mówi też wiele, w jakim klimacie duchowym tamtejszych wspólnot podejmują pracę nasi księża.

Wspólnoty te przez długi czas pozbawione były duszpasterzy. Kiedy w 1821 doszło do wyzwolenia Peru z rąk kolonizatorów, księża, nie czując się bezpieczni, wycofywali się do miast. Ludzie więc byli zdani na siebie, a to przerastało ich możliwości materialne i organizacyjne.

Fiesta, na którą wybraliśmy się, związana była ze świętem Matki Bożej Różańcowej. Jak wszędzie, mroczny kościół wytwarzał specjalny nastrój. Ksiądz Jan powiedział odpustowe kazanie, a ja przewodniczyłem odpustowej sumie, po której odbyła się co najmniej godzinna procesja z figurą Matki Bożej. Podczas drugiej mszy św. 16 dzieci w wieku od 1 do 8 lat przyjęło chrzest.

Taka fiesta, jak zdążyłem zauważyć, powoduje stres u ks. Ryszarda. Przygotowania są wielkie. Ludzie, choć żyją w biedzie, wydają na nią wiele pieniędzy. Całe przygotowanie koncentruje się, niestety, na zewnętrznej formie. Dwie orkiestry dobrze opłacone, zaproszone z daleka, tańce tuż przed kościołem i przede wszystkim wysoki współczynnik spożywania alkoholu, to jakby istota całego święta. Nie wystarczy im powiedzieć, że to nie jest właściwe. Przez dziesiątki lat, przez wielu właśnie w tym był upatrywany sens fiesty. Trzeba więc to uzasadnić. Ale jak? Czy prostemu, przez lata pozbawionemu księdza ludowi, można bez problemu argumentować moralność chrześcijańskiego życia teologią inkarnacji?

W dużej mierze praca duszpasterska na terenie trzech parafii to udzielanie sakramentów. W roku 1998 ks. Ryszard ochrzcił 342 osoby i pobłogosławił 31 par małżeńskich. W roku 1999 chrzest przyjęło 469 osób, a sakramentalny związek małżeński zawarło 32 pary z Andów. Komunii św. rozdawane jest kilkanaście tysięcy rocznie.

Powrót do Limy odbywał się tym razem via Ayacucho. Odległe o 120 km miasto, słynne jest jako kolebka terroryzmu. Tutaj bowiem na Uniwersytecie państwowym wykładał nauki społeczne Abimael Guzmán, schwytany w 1992 roku szef “Sendero Luminoso”. Wpływy terroryzmu sięgały oczywiście Churcampy. Tu działał zastępca Guzmána, Feliciano, który był odpowiedzialny za akcję w Pariacoto, a którego schwytano w lipcu 1999 roku. Między 1970 a 1992 rokiem w okolicach Churcampy wymordowano kilkadziesiąt osób, między innymi sołtysa z żoną. Przez całe lata w miasteczku nie było żadnych inwestycji. Bano się, że terroryści zrównają wszystko z ziemią.

W dniu 3 lutego 1985 roku Ayacucho gościło Papieża. Wtedy Jan Paweł II wypowiedział znamienne słowa: “Pragnę zbliżyć się do bólu mieszkańców tej okolicy, dać im słowa otuchy i przyczynić się do upragnionego pojednania w duszach. Na tych ziemiach, jak i na nieszczęście, na innych tego ukochanego kraju (...) jest dużo cierpienia z przyczyny spirali przemocy, która położyła swe centrum między wami”. Dzisiaj ludzie oddychają lżej.

Niestety, nie zobaczyłem dawnego miejsca pracy ks. Edwarda Wala. W Huando, gdzie przebywał do maja 1997 roku, postawił w stanie surowym centrum katechetyczne, ze stanu surowego wykończył plebanię i rozpoczął budowy kościołów w Iscuchaca i Quichuas. Widziałem natomiast kościół i plebanię w dzielnicy Los Sauces, gdzie od maja 1992 roku do lata 1997 roku proboszczem był ks. Piotr Sorota.

Odlatując z Limy, zacząłem już podróżować sam. Na lotnisku pożegnała mnie cała piątka naszych Księży pracujących w stolicy. Via Saõ Paolo, następnego dnia wylądowałem w Brazylii, ostatnim kraju na szlaku moich odwiedzin.

ks. Krzysztof Czermak
Głoście Ewangelię 1(2000), s. 5-19.